Rekrutacja 2019. Czarne chmury nad Mazowszem

Mimo apeli i nawoływań, także ze strony Koalicji NIE dla chaosu w szkole, nie udało się z wyprzedzeniem opublikować ani harmonogramu rekrutacji, ani listy punktowanych konkursów, ani nawet wykazu planowanych klas wraz profilami w poszczególnych szkołach. Te informacje spływają dopiero teraz, w lutym 2019, na trzy miesiące przed terminem podjęcia ostatecznych decyzji rekrutacyjnych. Młodzi ludzie z podwójnego rocznika i ich rodzice mogą czuć się całkowicie zlekceważeni.

Odpowiedzialność za wszystko co niesie ze sobą podwójny nabór spada na Annę Zalewską i jej gabinet. Nastolatkom z trzech roczników zafundowano istny tor przeszkód, tylko po to, aby przeprowadzić w ogromnym pośpiechu niepotrzebną reformę systemu edukacji. Reformę wdrożoną „w biegu”, wbrew zdrowemu rozsądkowi, który nakazywał, by odczekać aż uczniowie zakończą swój etap nauki.

Ministerialny optymizm

Anna Zalewska o podwójnej rekrutacji mówi od wiosny 2018, starając się tonować nastroje. Zapewnia, że wszystko ma policzone. Zgodnie z jej obliczeniami podwójna liczba pierwszoklasistów ma bez trudu zostać rozlokowana w budynkach szkół średnich i dawnych gimnazjów. To nawet nie jest szczególnie wyrafinowane kłamstwo – w skali kraju sal rzeczywiście wystarczy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, bo często tam, gdzie są wolne przestrzenie, brakuje kandydatów do szkół średnich.

Minister Anna Zalewska niedwuznacznie wskazuje, gdzie kryją się rezerwy. Puste sale mają ciszące się złą opinią licea i branżówki o nietrafionych profilach, a także szkoły w wyludniających się rejonach kraju. Rzecz w tym, że te placówki, które uruchamiały w ostatnich latach jedną czy dwie klasy, dawno wyzbyły się kadry. Owszem, mają przestrzeń dla większej liczby uczniów, ale zupełnie nie wiadomo kto i czego będzie w nich uczył. Nauczycieli licealnych brakuje dziś zresztą nawet w szkołach dobrych i popularnych.

Warszawa kontra podwójna rekrutacja

Najpoważniejszych kłopotów obawiają się włodarze dużych miast, a w pierwszym rzędzie władze Warszawy. Nie bez przyczyny. Stołeczne szkoły średnie muszą pomieścić nie tylko mieszkańców aglomeracji i jej okolic, ale także najzdolniejszych uczniów z całej Polski. Według szacunków w stołecznej rekrutacji może uczestniczyć ponad 44 000 tegorocznych absolwentów.

Władze Warszawy w lutym 2019 pochwaliły się stanem przygotowań. Jest mowa o rekordowej liczbie klas pierwszych w 95 liceach, 45 technikach i 21 szkołach branżowych. W samych tylko liceach plan przewiduje utworzenie 458 oddziałów dla uczniów po SP i 419 oddziałów dla absolwentów gimnazjów. Słyszymy także o innych zabiegach – o dostawianiu krzeseł w salach, tak, by pomieściły 32-36 uczniów, o nauce na zmiany – od wczesnego rana nawet do godziny 17-18, o wynajmowaniu dodatkowych pomieszczeń w innych gmachach.

Szczegółowy wykaz dostępny jest na stronie Biura Edukacji. Zestawienie pokazuje ile miejsc przygotowują poszczególne szkoły w podziale na dwa typy absolwenta, widać też liczebność klas. Z wykazu wynika, że są szkoły, które utworzą kilkanaście klas pierwszych i przyjmą 450-500 nowych uczniów. Rekordzistą jest VI LO im. Reytana, które zdecydowało się utworzyć 14 36-osobowych klas. Szkoły-molochy to z reguły placówki, które dotąd działały w zespole z gimnazjami.

Miasto wyszło też z propozycją, żeby każdy uczeń mógł podczas rekrutacji wskazać dowolną liczbę klas. A jest ich we wszystkich typach szkół publicznych aż 654 dla gimnazjalistów i 709 dla absolwentów podstawówek. Mam wątpliwości, czy to dobry ruch. W zeszłym roku wolno było wybrać dowolną liczbę klas z ośmiu szkół i to już był wybór zupełnie wystarczający. Wydaje się, że wydłużenie tej listy do takich rozmiarów może bardziej kandydatom zaszkodzić niż pomóc w rozważnych decyzjach. I czy wytrzyma takie obciążenie system informatyczny?

Pomocne będą za to inne działania, za które włodarzom Warszawy należy się pochwała. Planowana jest duża akcja informacyjna – cykle spotkań w szkołach, dni doradztwa zawodowego w Pałacu Młodzieży, przedłużone Targi Edukacyjne. Powstał też interesujący i atrakcyjnie zredagowany poradnik adresowany do rodziców i do samych kandydatów.

Mimo tych wysiłków i starań ze strony władz stolicy, mimo zapowiedzi utworzenia 43 000 miejsc w szkołach średnich, rekrutacja widziana oczami uczniów i ich rodziców nie będzie jednak ani łatwa, ani przyjemna. Bo uczniowie aspirują do określonych szkół, a w nich do klas o odpowiadającym im profilu. A w tym roku wyjątkowo duża grupa absolwentów będzie musiała zrezygnować z marzeń.

Poradnik opublikowany 19.02.2019 przez Biuro Edukacji w Warszawie

Nowy wymiar starych kłopotów

Szkoły marzeń w przypadku wielu nastolatków od lat stanowią znane z wysokiego poziomu licea figurujące w czołówce rankingu „Perspektyw”. Rekrutacja do nich zawsze była trudna. W tym roku spośród 20 najwyżej notowanych stołecznych ogólniaków osiem podwoi liczbę klas, ale jedenaście zaoferuje mniej miejsc w przeliczeniu na rocznik. W sumie w tej kategorii szkół w stosunku do roku 2018 zabraknie 840 miejsc. Odesłani z kwitkiem kandydaci „spadną” do szkół niżej notowanych podnosząc w nich progi przyjęcia.

Choć władze miasta o tym nie napomykają, prawdopodobne są dodatkowe komplikacje. Mimo podwojenia liczby najbardziej obleganych klas zachodzi obawa, że nie dostanie się do nich nikt, kto nie będzie miał prawa do tak zwanego wolnego wstępu. Niewykluczone nawet, że uczniowie z uprawnieniami nie pomieszczą się w zaplanowanych klasach. Kuratoria próbują wprawdzie ograniczyć liczbę przyznanych w tym roku tytułów laureata konkursów przedmiotowych. Ale o te tytuły bije się wyjątkowo duża grupa młodych warszawiaków. Do tego tegoroczni absolwenci szkół podstawowych będą się mogli posłużyć tytułami zdobytymi dużo wcześniej – nawet w V i VI klasie, co zagwarantował im specjalny przepis. Pamiętajmy też, że ósmoklasiści przez trzy ostatnie lata byli najstarszym rocznikiem przystępującym do konkursów dla podstawówek. Tych tytułów mają więc sporo.

Do tego stołeczni uczniowie SP i gimnazjów są w tym roku wyjątkowo skuteczni w ogólnopolskich olimpiadach. Wsparli ich w przygotowaniach zdesperowani rodzice. W rezultacie na opublikowanej 15 lutego 2019 r. liście finalistów tegorocznej Olimpiady Matematycznej Juniorów, wśród 257 uczestników, którzy już mają zagwarantowane pierwszeństwo w rekrutacji, aż 2/5 stanowią uczniowie szkół z Warszawy i bliskich okolic miasta. Ten odsetek nigdy nie był tak wysoki. Rok temu grupa stołecznych uczniów w finale OMJ liczyła niespełna 40 nazwisk – dziś liczy ponad 100!

Finaliści OMJ od lat wybierają najczęściej klasy z eksperymentalną matematyką w warszawskim LO Staszica. Do tych klas przyjmowani są także laureaci kuratoryjnych konkursów matematycznych. Pozostali kandydaci do tego tak zwanego mateksu piszą w maju konkursowy egzamin. Jest spore ryzyko, że w tym roku egzamin nie będzie w ogóle potrzebny, a i tak uczniowie z uprawnieniami mogą się nie pomieścić w czterech zaplanowanych przez szkołę klasach. Zwłaszcza, że w związku z dobiegająca końca budową internatu wzrośnie zainteresowanie Staszicem ze strony olimpijczyków i laureatów konkursów matematycznych z innych regionów kraju.

Problem nadmiaru kandydatów z uprawnieniami wystąpi też w innej obleganej klasie w „Staszicu” – w klasie matematyczno-informatycznej, gdzie już od kilku lat na miejsce mogą liczyć wyłącznie uczniowie z uprawnieniami. Podobnie będzie w stołecznych klasach IB – i tam liczba miejsc została podwojona w stosunku do rekrutacji sprzed roku, ale zainteresowanie jest gigantyczne – także ze strony wybitnych uczniów z odległych województw. Można mieć też obawy o inne chętnie wybierane klasy w Batorym, Hoffmanowej czy w Czackim.

W minionych latach problem nadmiaru laureatów rozwiązywano tworząc dodatkową klasę – bo przecież laureaci mają zagwarantowane przyjęcie do wybranego przez siebie oddziału. Tak zrobił Staszic w roku 2017 i 2016 (dodatkowy mateks), tak było też z klasami IB w Batorym i Koperniku. W tym roku o takie rozwiązanie będzie bardzo trudno, bo szkoły wyzbyły się rezerw lokalowych, a przede wszystkim – rezerw kadrowych. Klasa otwarta „z musu” podczas wakacji to poważny problem z nauczycielami, bo trudno sobie wyobrazić, by w mateksie czy klasie IB uczyli przedmiotowcy z przeprowadzonej w sierpniu łapanki. Tam powinni uczyć najlepsi z najlepszych. Skąd Warszawa ich pozyska? Czy już ktoś o tym myśli, czy znowu za kilka miesięcy decydenci będą zaskoczeni rozwojem sytuacji?

Niepewny los przeciętniaka

Nadmiar laureatów w szkołach ze szczytów list popularności oznacza większy tłok i wzrost progów w niżej notowanych liceach. Tam właśnie będzie miała miejsce zażarta walka na punkty. Uczniowie z szansami na przyjęcie będą mieć maksymalne noty z ocen i punktacji egzaminacyjnej, decydować będą dodatkowe bonusy – punkty za wolontariat i konkursy. I na marginesie: Jest skandalem, że lista punktowanych konkursów wciąż jeszcze nie została przez mazowieckie kuratorium upubliczniona. Uczniowie ciągle nie wiedzą, za jakie konkursy (poza konkursami przedmiotowymi) otrzymają dodatkowe punkty.

Pozostali uczniowie – z przeciętnymi i słabymi wynikami – skazani będą na szkoły, które w minionych rekrutacjach cieszyły się słabszym zainteresowaniem. Te szkoły z całą pewnością odnotują wzrost progów i wypełnią planowane klasy. Wraca jednak pytanie o kadrę – skąd wezmą się nauczyciele w tych placówkach?

Nową jakość w edukacji ma według MEN stanowić szumnie zapowiadana odbudowa szkolnictwa zawodowego. Według zapewnień ministerstwa już w rekrutacji 2017 roku 55% młodych ludzi w Polsce wybrało „zawodówki”. Anna Zalewska w swoich wystąpieniach sugeruje, że dzięki jej działaniom zainteresowanie szkołami zawodowymi systematycznie rośnie i już wkrótce takie kształcenie będą wybierać „najlepsi z najlepszych”. Sama idea popularyzacji szkół zawodowych jest słuszna, ale gabinet Zalewskiej niewiele zrobił, by podnieść z ruin szkoły zawodowe, które są niedoinwestowane i maja poważne problemy z kadrą. Po za przechwałkami i kosztowną kampanią propagandową ( filmy, plakaty, konferencje)…

W Warszawie technika i szkoły branżowe na pewno nie będą wentylem bezpieczeństwa podczas rekrutacji. Mimo, że władze miasta skrycie na to liczą, stawiając na doradztwo zawodowe. Bo oferta szkolnictwa zawodowego w Warszawie jest wciąż skromna i choćby z tego względu nie da się przekierować tam więcej niż 20% naboru. Warszawa ma 150 liceów (publicznych i niepublicznych). W tym wiele prawdziwych molochów. I tylko 45 techników oraz 21 szkół branżowych I stopnia. Niektóre ze szkół zawodowych w ubiegłym roku otwierały zaledwie jedną czy dwie klasy, często zresztą bez kompletu uczniów. Niektóre nie miały żadnego chętnego.

Ale nawet te nieliczne technika, które cieszą się ogromnym zainteresowaniem, powiększą się w tym roku symbolicznie. Bo to są szkoły, które rozbudować jest trudno. Technikum Mechatroniczne na Wiśniowej powinno otworzyć w tym roku 10 klas – po 5 dla każdego rocznika. Otworzy ich 7 czy nawet 6 (informacje są niespójne). Na Wiśniowej nawet istotne powiększenie liczebności klas nie wchodzi w grę – uczniowie mają przecież zajęcia laboratoryjne w salach o określonej pojemności. Szkoła nie ma warunków dla kształcenia większej ilości młodzieży. Nie ma też szans na zatrudnienie kolejnych nauczycieli zawodu. Znalezienie fachowca, inżyniera, czy wysokich lotów programisty z talentem pedagogicznym w Warszawie za nauczycielską pensję graniczy z cudem.

Wakacyjna wędrówka podań

Nie trzeba być wróżką, by wiedzieć, że lipcowe przyporządkowanie rekrutacyjne będzie dla wielu uczniów bolesne. Rozpocznie się wielka wakacyjna wędrówka ludów z podaniami. Bo wpisanie do systemu kilkudziesięciu szkół niczego nie upraszcza. Ruchy w rekrutacjach uzupełniających generują przede wszystkim uczniowie, którzy nie są zadowoleni z wyników i próbują przenieść papiery w inne miejsce. Dlatego w sekretariatach szkół lipiec i sierpień to będą gorące miesiące – na tegoroczny wypoczynek wakacyjny nie mogą też raczej liczyć dyrektorzy szkół średnich i wyznaczeni przez nich członkowie komisji rekrutacyjnych.

Na szczęście w stolicy część tego wtórnego uderzenia przyjmą na siebie niepubliczne szkoły średnie. Ich oferta znacznie się poszerzyła w ostatnich dwóch latach – dziś w samej Warszawie jest już blisko 60 takich placówek. Oczywiście nauka wiąże się z koniecznością płacenia czesnego. Dla wielu rodziców decyzja o finansowaniu nauki dziecka w szkole niepublicznej nie jest łatwa. Gdyby nie szaleństwo reformy ich dzieci uczyłyby się w szkołach publicznych. Czy będą żałowali? Pewnie nie. Szkoły niepubliczne będą w najbliższym czasie zapewniały zdecydowanie lepsze warunki – sensowne plany, kameralną atmosferę, indywidualne podejście. One też będą miały mniejsze problemy z kadrą, bo w Warszawie większość szkół niepublicznych płaci już całkiem przyzwoicie.

Nauczyciel pilnie poszukiwany

Szczęśliwcy, którzy w lipcu znajdą się na listach przyjętych do wybranych przez siebie szkół publicznych, już jesienią mogą przeżyć rozczarowanie. Bo cudowne rozmnożenie warszawskich miejsc w liceach i technikach ma kilka słabych punktów. Prócz pogorszenia warunków nauki (ścisk w przeludnionych salach, na korytarzach, w szatniach, bibliotekach i stołówkach, karkołomne plany lekcji, brak miejsca i czasu na kółka zainteresowań), o obniżeniu jakości edukacji zadecydują niedostatki kadrowe. Dyrektorzy będą mieli poważny problem z zapewnieniem nowym i starszym uczniom kompletu nauczycieli. Zabraknie zwłaszcza tych z kompetencjami i doświadczeniem w przygotowywaniu do matury.

Warszawa już dziś szacuje, że trzeba zapełnić blisko 500 dodatkowych etatów dydaktycznych w szkołach średnich wszystkich typów. A kandydatów do zawodu nie ma i nie będzie. Liczyć można na garstkę nauczycieli wygasających gimnazjów, którzy nie zatrudnili się dotąd w podstawówkach. Ale minie kilka lat nim staną się oni kompetentnymi pracownikami szkół średnich, umiejętnie przygotowującymi do matury.

Czy tych wakatów będzie 500, czy może jednak więcej, pokaże rozwój wypadków. Nikt nie zna przecież skali tegorocznych odejść na emeryturę i świadczenia kompensacyjne. Nikt nie wie, ile osób przejdzie do szkół niepublicznych lub zrezygnuje z pracy w edukacji.

Problemem są oczywiście płace. Nawet po doliczeniu obiecanych ze stołecznej kasy dodatków do pensji dla młodszych stażem nauczycieli (netto około 200 zł), zarobki w szkołach nadal będą żałośnie niskie w stosunku do tego co oferują inni warszawscy pracodawcy. Także pracodawcy z branży edukacyjnej. Te zarobki nie są wystarczające również, gdy popatrzymy na realne koszty utrzymania w dużym mieście, gdzie wynajęcie najskromniejszego lokum pochłania ¾ pensji młodego nauczyciela.

Sytuacji nie poprawia też stan wojny z minister Anną Zalewską, ani pogardliwe wypowiedzi premiera Morawieckiego. Desperację warszawskich nauczycieli widać w zapowiedziach ich masowego udziału w planowanym strajku. Wielu nauczycieli jest bardzo zmęczonych, często już podjęli decyzję o odejściu z zawodu.

Perspektywa pracy w przepełnionych szkołach średnich, z 34 – 36-osobowymi klasami, według dwóch różnych podstaw programowych, dodatkowo mobilizuje ich do podjęcia radykalnych decyzji. Odejścia na emeryturę mogą być w tym roku także bardzo liczne, zwłaszcza że ludzie w wieku emerytalnym stanowią trzon nauczycieli w wielu stołecznych liceach i technikach.

Z punktu widzenia uczniów startujących do szkół średnich najpilniejszą sprawą jest więc walka o kadrę warszawskich ogólniaków i techników. Szczególnie tych obleganych, ale nie tylko. W szkołach podwajających liczbę klas odejście z pracy nawet kilku nauczycieli przygotowujących do matury z ważnych przedmiotów będzie klęską.

I na koniec jeszcze jedna gorzka uwaga. Pozwalam sobie na nią jako matka ucznia, który po wakacjach będzie uczęszczał do klasy maturalnej. Najbliższa rekrutacja do liceów i szkół zawodowych, podczas której trzeba będzie powołać do życia bez mała podwójną liczbę klas, godzi w uczniów kończących szkoły podstawowe i gimnazja. Nie czeka ich nic dobrego. Najpierw będą trudności z dostaniem się do wybranej szkoły i związane z tym stresy. Potem nastąpi nauka w bardzo trudnych warunkach – w przepełnionym budynku, z karkołomnym planem lekcji, pod kierunkiem zdziesiątkowanej kadry złożonej z przeciążanych godzinami starych wyjadaczy i przypadkowych nowicjuszy. Pomstując na los, który Anna Zalewska zgotowała kolizyjnym rocznikom, które nota bene już dwa lata uczą się w warunkach dalekich od normalności, nie możemy zapominać, że od września 2019 roku chaos w szkołach średnich będzie dotkliwie komplikował życie także uczniom wyższych klas. Takim jak mój syn i jego koledzy. Dla nich także będzie system zmianowy, fatalne plany lekcji i rotacje nauczycieli – bo przecież wielu doświadczonych pedagogów dyrektorzy przesuną, by ratowali pierwszaków. W nowej szkole średniej wszyscy będą zmęczeni, sfrustrowani, zrezygnowani.

Tymczasem odpowiedzialna za „dobrą zmianę” Anna Zalewska zrealizuje swój plan B – wolna od trosk zasiądzie w miękkim brukselskim fotelu, skąd będzie obserwowała jak rośnie jej saldo na bankowym koncie.

Janina Krakowowa