Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna w Baku. Goniąc Benjamina Qi…


Kończy się olimpijskie lato. W lipcu cieszyliśmy się dobrym występem fizyków w Izraelu i historycznym sukcesem matematyków w brytyjskim Bath. Z Hongkongu z kompletem medali, i z czwartym miejscem dla drużyny, wrócili geografowie. Bardzo dobrze zaprezentowały się ekipy biologów, chemików, lingwistów matematycznych i astronomów. Ostatni akcent stanowiła rozegrana w minionym tygodniu Azerbejdżanie Międzynarodowa Olimpiada Informatyczna (IOI). Olimpiada, z którą od lat łączymy szczególne nadzieje.

Programowanie i matematyka to polskie popisowe dyscypliny olimpijskie. Oczekiwania są więc nieco zawyżone. Matematycy mieli w Bath świetną passę, wynik uzyskany przez młodych informatyków jest skromniejszy – dwa srebra i brąz. Oni sami wracają nieco rozczarowani, bo mieli apetyty na więcej. Mimo tego niedosytu, a może właśnie z jego powodu, warto tegorocznej olimpiadzie przyjrzeć się uważniej i pomyśleć o przyszłości, która wcale nie rysuje się w jasnych barwach.

Wiadomości prosto z Baku

Pisanie o tegorocznej olimpiadzie informatycznej jest łatwe, bo bodaj pierwszy raz w historii jej wydarzenia zostały relacjonowane na bieżąco wprost z miejsca zawodów. Autorem komentarzy, które przybrały formę bogatego w obserwacje literackiego bloga, jest opiekun naszej delegacji, dr Piotr Chrząstowski-Wachtel.

Pan Piotr, nauczyciel akademicki z Warszawy, pracownik Instytutu Informatyki MIM UW, do Baku poleciał jako szef polskiej delegacji. Tę niełatwą funkcję pełnił już trzeci rok z rzędu. Bywał wcześniej obserwatorem podczas IOI, współtworzy krajową Olimpiadę Informatyczną. Jest więc ekspertem z wysokiej półki, na którego opiniach można polegać.

Głównymi bohaterami jego relacji są oczywiście czterej uczniowie, którzy w kwietniu 2019 roku najlepiej poradzili sobie z zadaniami podczas finału krajowej Olimpiady Informatycznej (OI) i dzięki temu zostali powołani do reprezentacji kraju na IOI. Wyłoniono ich z grupy 95 licealnych i gimnazjalnych mistrzów algorytmiki. Oto oni: Marek Skiba, absolwent I LO im. Stanisława Staszica w Lublinie (bezwzględny zwycięzca tegorocznej Olimpiady Informatycznej), Mikołaj Stępiński i Jakub Wasilewski (obaj ukończyli właśnie naukę w XIV LO im. Stanisława Staszica w Warszawie), oraz najmłodszy w zespole, Mieszko Grodzicki z VI LO im. Jana Kochanowskiego w Radomiu.

2 sierpnia nasza 6-osobowa delegacja, złożona z zawodników i dwóch opiekunów (drugim był Paweł Gawrychowski), odleciała z Okęcia. O perypetiach nocnej podróży i o wrażeniach z pobytu w stolicy Armenii warto poczytać w podzielonej na odcinki relacji Piotra Chrząstowskiego-Wachtela, upublicznionej na profilu facebookowym Olimpiady Informatycznej.

Podczas IOI ważne jest poznawanie kraju-gospodarza i obcowanie z wielojęzycznym tłumem pasjonatów kodowania, ale najważniejsze są zawody. Składają się one z dwóch 5-godzinnych sesji rozdzielonych dniem wycieczkowym. Zmagania zawodników podczas obu sesji można podglądać na bieżąco za pośrednictwem tablicy wyników, uwidocznionej w internecie. Bo podczas IOI system bezzwłocznie weryfikuje nadsyłane rozwiązania i przydziela punkty. Ten widowiskowy spektakl odróżnia olimpiadę informatyczną od innych olimpiad, gdzie na wyniki czeka się w napięciu przez kilka dni. Dzięki takiemu bezpośredniemu przekazowi sympatycy IOI z całego świata mogą poczuć emocje, które są udziałem zawodników.

Oddajmy jednak głos bezpośredniemu obserwatorowi podczas obu konkursowych dni, panu Piotrowi:

6 sierpnia – pierwszy dzień zawodów

Chłopakom poszło średnio, raczej wychodzili z poczuciem niedosytu. Jedno zadanie było stosunkowo proste, zapewne sporo słabszych zawodników rozwiązało je na maksa, a u nas zacięli się na nim Mikołaj i Mieszko punktując na dużo trudniejszych dwóch pozostałych. Więc te ich punkty są jakby moralnie cenniejsze, ale liczą się tak samo.

Ostatecznie trójka mieści się na pozycjach medalowych, tyle że gdyby odwołano drugą serię z powodów wyższych (np. trzęsienia ziemi), to byłoby złoto i dwa brązy. Złoto dla Kuby, który ładnie zapunktował (212 punktów) a brązy dla Marka (179), Mieszka (155). Mikołaj (143) byłby o włos pod strefą medalową.

A propos trzęsień ziemi – one tu wcale nie są wykluczone. Baku leży w strefie sejsmicznej. Silne trzęsienia zdarzają się mniej więcej raz na 100 lat. Ostatnie było w 2000 roku o sile 6 w skali Richtera i pochłonęło dwadzieścia parę ofiar. Akurat z trzęsieniami ziemi jest tak, że faktycznie po dużym wstrząsie naprężenia się zmniejszają i przez jakiś czas powinno być spokojniej, więc raczej drugi dzień zawodów się odbędzie i nasi będą mogli poprawić swoje wyniki.

Pierwszą rundę wygrywa samodzielnie świetny Benjamin Qi z USA – zeszłoroczny zwycięzca IOI z Tsukuby. Komplet 300 punktów uzyskany na godzinę przed końcem. Chyba nie do pokonania. W czołówce rankingu gęsto. Będzie się działo!

Widzieliśmy się z Chłopakami przez godzinę. Nastroje nie siadły, myślę że będzie pojutrze lepiej.

Nasza drużyna w komplecie. Od lewej Mikołaj Stępiński, Jakub Wasilewski, Marek Skiba i Mieszko Grodzicki. Z tyłu Bartosz Kostka, polski gość IOI. Zdjęcie z profilu fb Olimpiady Informatycznej.

8 sierpnia – drugi dzień zawodów

Drugi dzień olimpiady był trochę pechowy dla naszych zawodników. Mieszko poprawił swój wynik wskakując na srebro i zajmując najlepsze miejsce z naszej drużyny (73 miejsce w klasyfikacji ogólnej), z kolei Kuba miał gorszy dzień i spadł ze złotej pozycji na srebro (75), zaś Marek utrzymał brąz zajmując 116 pozycję. Mikołaj nie zdołał wskoczyć na brąz, choć mimo źle wyglądającej pozycji (224) był bardzo blisko tego.

Może parę słów wyjaśnienia. Oczywiście można się zżymać, że pozycje dalekie i nie wyglądają powalająco. Ale weźmy pod uwagę to, że w olimpiadach informatycznych na całym świecie występuje ok. 300 tysięcy zawodników. Z nich wybiera się 4-osobowe drużyny i one walczą o medale. Przyjechało łącznie 327 zawodników. Reguły są takie, że po zawodach ustala się kolejność rankingową sumując punkty za wszystkie 6 zadań (po 3 na każdy dzień) i przyznaje się 1/12 złotych medali, 1/6 srebrnych i 1/4 brązowych. (…)

Do każdego z zadań przygotowana jest paczka testów. Taka paczka zawiera kilka zestawów. Zestawy są coraz bardziej skomplikowane, więc rozwiązania nieoptymalne, choć poprawne, mogą zapunktować na prostych testach, ale na bardziej złożonych, na przykład ze względu na rozmiar, nie otrzymają żadnych punktów. Żeby otrzymać komplet punktów, trzeba nie tylko poprawnie rozwiązać zadanie, ale takie rozwiązanie musi być efektywne, czyli szybko się wykonywać i zużywać niewiele pamięci komputera.

Są dwie strategie: albo szukamy od razu optymalnych rozwiązań, co jest bardziej ambitne, albo zadowalamy się rozwiązaniami nie najlepszymi, które są prostsze do wymyślenia i łatwiejsze do zakodowania. Punkty liczą się tak samo, więc ktoś kto rozwiąże tak sobie na przykład jedno zadanie na 57 punktów, a drugie nieco gorzej, powiedzmy na 48, otrzyma tych punktów więcej niż zawodnik, który wymyśli optymalne rozwiązanie jednego zadania, a drugiego nie ruszy. Czasami znalezienie optymalnego rozwiązania wymaga więcej pracy niż rozwiązanie byle jak wszystkich trzech zadań, ale jest ryzykowne, bo jak się go nie znajdzie, to w ogóle jest klops, a nawet jak się je znajdzie, to i tak może się to nie opłacać.

Mikołaj wpadł właśnie w taką pułapkę. Znalazł optymalne rozwiązanie jednego z zadań, ale nie zdążył go zakodować. Bo trzeba powiedzieć, że wymyślenie rozwiązania i zapisanie go w języku programowania, to dwie różne umiejętności i obu się wymaga. Czasami ma się pecha i traci się cenne minuty na znalezienie jakiegoś głupiego błędu, który się zrobiło i nie starcza czasu na napisanie działającego programu. Tak właśnie było w przypadku Mikołaja. Wymyślił dobry algorytm, ale nie zdążył go zapisać. Gdyby mu się udało, miałby zagwarantowany medal. Było blisko.

Marek zrobił jedno zadanie na 100 punktów i to zrobił bardzo ładnie. Mieszko też znalazł jedno optymalne rozwiązanie i je zakodował, a dwa pozostałe rozwiązał częściowo, ale to wystarczyło żeby uzyskać łącznie najlepszy wynik z drużyny. Kuba zaś się trochę zaciął i zapunktował częściowo na dwóch zadaniach, co dodane do dobrego wyniku z wczoraj wystarczyło na srebro.

Zatem nasi Chłopcy próbowali uzyskać znacznie lepsze wyniki, niż te, które ostatecznie widzimy i nie za bardzo się udało. Trudno. Nie jest źle. Dwa srebra i brąz to też w takiej stawce niezły wynik.

Obyśmy nie zostali w tyle…

Dzięki tym wpisom wiemy, na czym polega specyfika zadań olimpijskich i co zawiodło w strategii obranej przez naszych reprezentantów. Pan Piotr pokazuje też szerszy kontekst wyników:

rankingu widać, że Azjaci górują nad Europą. Jeżeli Rosję i Ukrainę potraktujemy, jako osobny region (Rosjanie zdobyli 4 złote medale, Ukraina złoto, dwa srebra i brąz), to widać, że pierwszy Europejczyk pojawia się dopiero pod koniec pierwszej dziesiątki (Francuz!), a drugi – dopiero na pozycji 27 – Węgier Balázs Toth, który wygrał Olimpiadę Krajów Środkowej Europy. W czołówce głównie nazwiska chińskie pod banderami różnych krajów, ale widzimy też Irańczyków, Koreę, Australię, Wietnam, Japonię, Gruzję… Świat goni do przodu.

No właśnie. Naszym zawodnikom zabrakło doświadczenia, bo wszyscy byli na IOI po raz pierwszy. Zabrakło im też trochę szczęścia, które jest bardzo potrzebne w zawodach tej rangi. I którego dużo więcej mieli podczas poprzedzającej IOI olimpiady europejskiej w Bratysławie. Ale, co także ważne, w Baku pojawili się wyśmienicie przygotowani konkurenci. To rzutowało na wyniki i będzie ważyć na polskich wynikach w przyszłości. Świat rzeczywiście goni do przodu. A my? Obyśmy nie zostali w tyle…

O dyktacie azjatyckich zawodników pisałam w podobnym duchu jak pan Piotr, przy okazji relacji z tegorocznej Międzynarodowej Olimpiady Matematycznej (IMO). Kropka w kropkę to samo dotyczy zmagań informatyków. Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy z roku na rok prezentują coraz wyższy poziom.

Zadania olimpijskie są z konieczności układane tak, by tych coraz lepiej przygotowanych zawodników zróżnicować. W tym roku to się nieźle udało. Mimo, że wyniki procentowe były generalnie wyższe, niż rok wcześniej w Japonii, punktacja jest odpowiednio zróżnicowana i nie ma nagromadzenia maksimów. Nawet genialny reprezentant USA, Benjamin Qi, bohater tytułowego zdjęcia do niniejszego artykułu, nie uzyskał „perfect score”. Nudził się tylko przez chwilę podczas pierwszego dnia zawodów, gdy bezbłędnie rozwiązał wszystkie trzy zadania na godzinę przed upływem czasu. Nikt go jednak tego dnia nie dogonił. A drugiego konkursowego dnia tenże Benjamin walczył do końca sesji. Ostatecznie na zadaniu czwartym stracił 9,1%, a na szóstym aż 47%, utrzymując jednak prowadzenie. Drugi rok z rzędu jest najlepszym z najlepszych na IOI…

Patrząc na tabele wyników i myśląc o przyszłości trzeba mieć świadomość, że wybitni reprezentanci USA, Chin, Wietnamu, Korei czy Singapuru są przygotowywani w inny sposób, niż zawodnicy z naszego „kręgu kulturowego”. Tam dobrze rokujące maluchy są bardzo wcześnie wyłuskiwane z ogromnej rzeszy dzieci. Olimpijczykami zostają oczywiście najzdolniejsi i najpracowitsi – jak wszędzie – ale do tych naturalnych przymiotów dochodzi nawet 10-letni trening, a także zaplecze w postaci sztabu zawodowych szkoleniowców. Wygrywanie z tak przygotowanymi zawodnikami będzie coraz trudniejsze.

Blaski i cienie naszej edukacji

Na tle światowych hegemonów, system szkolenia polskich uczniów jest o wiele mniej doskonały. Nasi programiści swoje kariery zaczynają najwcześniej w wieku 12–13 lat, lub później. A ich przygotowanie na wczesnym etapie to nie jest żaden spójny system upowszechniania umiejętności cyfrowych połączony z wyłuskiwaniem talentów, tylko serie różnych zbiegów okoliczności. Te okoliczności jednych uczniów popychają do przodu, a innych wstrzymują w rozwoju.

W Polsce brakuje sensownych zajęć w szkołach podstawowych od IV czy V klasy. 10–11 lat to jest czas, gdy dzieci mają już pewne podstawy matematyczne i łatwo je zachęcić do czegoś nowego, zarazić nową pasją, choćby właśnie algorytmiką. Niestety, polska szkoła ten moment przesypia. Nauczyciele informatyki z prawdziwego zdarzenia, z charyzmą i dostatecznymi umiejętnościami, są w szkołach podstawowych jak najrzadsze kwiaty. Zdolniejsi uczniowie nudzą się nie tylko na lekcjach informatyki, ale bardzo często także mało wynoszą z lekcji matematyki, prowadzonych z myślą o najsłabszych w klasie.

Większość naszych dzieciaków zaczyna przygodę z programowaniem wyłącznie dzięki swoim bliskim – rodzicom, starszemu rodzeństwu – a nie dzięki nauczycielom. Dom rodzinny z konieczności odgrywa wiodącą rolę na całym początkowym etapie rozbudzania nowej pasji. Uzdolnione dzieci z rodzin, które nie dbają o edukację, są pozbawione takiej szansy.

Jasnym punktem są u nas obozy dla młodych informatyków, organizowane okresie wakacji, ale także podczas roku szkolnego. Przez Stowarzyszenie Talent z Gdyni i przez pedagogów z I LO w Białymstoku, państwa Bujnowskich. A także przez innych organizatorów. Tu jednak w grę wchodzą pieniądze, bo są to imprezy komercyjne lub półkomercyjne. W przypadku młodszych uczniów rodzice muszą się włączyć nie tylko jako płatnicy, ale także jako organizatorzy wyjazdu. Trzeba zapolować na miejsce (do czego często potrzebny jest niezły refleks), a potem dziecko wyekspediowaći odebrać z obozu. Mamy więc znowu wykluczenie z gry mniej zadbanych dzieciaków z uboższych domów. Sytuacje, że na wyjazdowe warsztaty informatyczne szkoła wysyła swoich uczniów zdarzają się rzadko. Jako wyjątek od tej reguły pamiętam gimnazjalistów z warszawskiego Władysława IV, którzy przyjeżdżali swoim transportem z Warszawy na Wybrzeże na obóz Stowarzyszenia Talent.

Ktoś powie, że zdolny programista może zdążać do mistrzostwa w domu, korzystając z zasobów internetu. W sumie tak jest. Ale nie na początku drogi. A i później jest znacznie łatwiej, gdy ktoś kieruje przygotowaniami, gdy jest rówieśnicza grupa wsparcia, kumple do startu w drużynowych konkursach. Dlatego w krajowych konkursach i olimpiadach tak bardzo widoczni są uczniowie z kilkunastu szkół – matematyczno-informatycznych kuźni, takich jak III LO w Gdyni, XIII Lo w Szczecinie, XIV LO w Warszawie, VI LO w Radomiu, XIV LO we Wrocławiu, I LO w Białymstoku, V LO w Krakowie (przepraszam pominiętych).

Mocną stroną polskiego systemu przygotowań olimpijskich, szczególnie w wymienionych szkołach, ale nie tylko, jest bliska współpraca byłych medalistów, wybitnych studentów, z młodymi następcami, gimnazjalistami i licealistami. Odbywa się to na różnych zasadach. Najczęściej w formie wolontariatu, który jest rodzajem odpracowania zaciągniętego wcześniej długu – podczas kółek i obozów. Ale czasem także na zasadach komercyjnych, w formie korepetycji czy regularnych kursów olimpijskich. Ta tradycja jest w dużej mierze kluczem do dotychczasowych sukcesów.

Trudna droga ku medalom

Trzej nasi tegoroczni reprezentanci przygodę z programowaniem zaczynali dość wcześnie. Oczywiście wcześnie jak na polskie warunki. Mieszko Grodzicki i Marek Skiba już na początku nauki w gimnazjum dali się poznać od dobrej strony i można im było bez wielkiego ryzyka wróżyć im przyszłe sukcesy.

Mieszko Grodzicki pochodzi z 20-tysięcznych Pionek. W rodzinnym mieście uczęszczał do integracyjnego gimnazjum nr 2. To była niezła szkoła, ale daleko jej do sławnych gimnazjów Marka (Królowa Jadwiga w Lublinie) i Mikołaja Stępińskiego (59 gimnazjum Reytana w Warszawie). Mimo to pobyt Mieszka w gimnazjum naznaczony był wielkimi sukcesami. Jego szybki rozwój to zasługa nie tylko zdolności i pracowitości, ale także wspierającego go domu i pomocy Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, którego podopiecznym Mieszko został jeszcze w podstawówce. Ja pamiętam go, gdy jako drobny pierwszoklasista przyjechał w kwietniu 2015 roku do Warszawy na II etap Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów. Startował tylko w części indywidualnej. Nie mógł, tak jak jego stołeczni konkurenci, wystartować także w części drużynowej, bo w Pionkach był pozbawiony środowiska programujących kolegów. Mimo to zadziwiająco szybko szedł do przodu i dwa lata później przyszły ogromne sukcesy: W roku szkolnym 2016/2017 został potrójny laureatem konkursów przedmiotowych (matematyka, informatyczna LOGIA i fizyka), a przede wszystkim – i to była sensacja – głównym laureatem licealnej Olimpiady Informatycznej. Jako uczeń gimnazjum był o krok od powołania do reprezentacji na Międzynarodową Olimpiadę Informatyczną. Ostatecznie na IOI w roku 2017 nie pojechał, ale zdobył międzynarodowe szlify podczas Bałtyckiej Olimpiady Informatycznej, skąd przywiózł dla Polski srebro.

14 marca 2015. Pierwsze koty za płoty. Drugi etap Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów w warszawskim gimnazjum i liceum im. Władysława IV. Mieszko Grodzicki, pierwszoklasista z Pionek, siedzi pod oknem, w granatowej bluzie. Fotografia autorki.

Mieszko, nim jako gimnazjalista został licealnym olimpijczykiem, nabierał doświadczenia podczas obozów gdyńskiego Stowarzyszenia Talent. W tym samym czasie gwiazdą tych obozów był o rok starszy Marek Skiba. Marek uczył się w prywatnym Gimnazjum Królowej Jadwigi w Lublinie, zaś tajniki programowania zgłębiał w Młodzieżowym Domu Kultury „Pod akacją” w tym samym mieście. To właśnie tam, dzięki pełnemu pasji instruktorowi, przygotowywał się wraz z kolegami do zwycięskich startów w drużynowej części Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów. W trzeciej klasie został laureatem konkursów przedmiotowych z matematyki i rosyjskiego, podwójnym laureatem Olimpiady Informatycznej Gimnazjalistów (indywidualnie i drużynowo), finalistą z wyróżnieniem licealnej Olimpiady Informatycznej. Wyjechał też jako reprezentant Polski na IX Olimpiadę Informatyczną Juniorów Krajów Bałkańskich skąd przywiózł medal.

Mikołaj Stępiński, uczeń gimnazjum nr 59 przy LO im. Reytana w Warszawie, był tak jak Mieszko dwukrotnym laureatem mazowieckiej informatycznej LOGII (w pierwszej i w trzeciej klasie). Ten konkurs organizowany przez Ośrodek Edukacji Informatycznej i Zastosowań Komputerów – niestety o regionalnym zasięgu – to też ważne koło napędowe młodej polskiej informatyki. W roku 2016 drużyna gimnazjalistów z Reytana z Mikołajem Stępińskim w składzie wywalczyła II miejsce w X Olimpiadzie Matematycznej Gimnazjalistów, ulegając drużynie gimnazjalistów ze stołecznego Staszica. Jednocześnie Mikołaj został też laureatem OIG w zawodach indywidualnych. Drogę ku IOI utorowała Mikołajowi nauka w XIV LO im Staszica, którą rozpoczął w roku 2016.

W tej samej szkole w tym samym roku naukę podjął też Jakub Wasilewski. On jest akurat wyjątkiem od prezentowanej wyżej reguły, że zaczynać trzeba jak najwcześniej. W latach gimnazjalnych, w przeciwieństwie do kolegów, nie ścigał się w konkursach programistycznych i nie jeździł na obozy i zgrupowania. Uczęszczał do rejonowego gimnazjum w podwarszawskim Izabelinie. Jego gimnazjum wprawdzie organizowało międzynarodowy konkurs matematyczny, w którym Jakub uczestniczył, ale nie wspierała szczególnie mocno swoich uczniów w ich ścisłych pasjach i zainteresowaniach. Jakub na przygotowanie do OI miał tylko trzy lata licealne. Świetnie to wykorzystał idąc do przodu jak burza. To jest jednak bardzo ryzykowny scenariusz.

Niepokoje i nadzieje na przyszłość

Dotychczasowy system wspierania młodszych nastolatków zainteresowanych programowaniem w Polsce nie był dotąd optymalny, ale mimo mankamentów działał nadspodziewanie dobrze.

W ostatnich latach coraz ważniejszą rolę odgrywała sieć gimnazjów poszerzających matematykę. Do takich szkół chodzili Marek Skiba i Mikołaj Stępiński. Takie szkoły przyciągały uczniów o ścisłych zainteresowaniach. Dzięki wybitnym nauczycielom matematyki i zdolnym do szybszej pracy uczniom wyniki bywały spektakularne. Przy takich gimnazjach działały często niezłe koła informatyczne. A nawet jeśli takiego koła nie było, to uczniowie sami wzajemnie zachęcali się do nauki programowania, do startu w konkursach, do wyjazdów na obozy. Było im stosunkowo łatwo, bo mieli potrzebne podstawy matematyczne i wsparcie grupy rówieśniczej.

Po demontażu gimnazjów, w tej liczbie także tych, które skutecznie poszerzały edukację matematyczną, sytuacja gwałtownie się pogarsza. Publiczne szkoły podstawowe nie zapewniają uczniom starszych klas choćby namiastki tego, co było udziałem ich starszych kolegów w gimnazjach matematycznych. Nauczyciele przedmiotów ścisłych coraz częściej uciekają z zawodu lub przechodzą ze szkół publicznych do niepublicznych. Z powodu braków kadrowych ci co pozostali w szkołach bardzo często pracują w wyższym wymiarze godzin niż dopuszczalny, co nie zostawia im czasu na pracę dodatkową z uczniami. Zresztą wraz z prowadzeniem w życie reformy liczba zajęć dodatkowych w wielu szkołach uległa redukcji, nie tylko z powodu braku pedagogów, ale także z powodu ścisku i ograniczeń lokalowych.

W tej niewesołej sytuacji nową nadzieją dla polskiej informatyki okrzyknięto projekt realizowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Cyfryzacji, szumnie zapowiedziany podczas konferencji w lutym 2018. Projekt ten przewiduje tworzenie za spore unijne pieniądze tzw. Centrów Mistrzostwa Informatycznego, czyli kół algorytmicznych, a przede wszystkim – przeszkolenie 1500 nauczycieli.

„Dzięki realizacji CMI tysiące uzdolnionych uczniów otrzyma możliwość rozwinięcia swoich informatycznych pasji, a także pogłębiania wiedzy i umiejętności w zakresie algorytmiki oraz kodowania – kluczowych kompetencji w cyfrowym świecie. Projekt CMI jest elementem wielu powiązanych ze sobą działań, które mają na celu stworzenie oraz zapewnienie trwałego funkcjonowania systemu wyłaniania talentów informatycznych, szkolenia uzdolnionej młodzieży oraz sprawdzania ich postępów. Uczestnicząc w kolejnych etapach procesu doskonalenia umiejętności, mistrzowie algorytmiki i programowania będą przygotowywani do podejmowania najważniejszych wyzwań świata cyfrowego. Chodzi tu m.in o możliwość uczestniczenie w światowych mistrzostwach i olimpiadach informatycznych, tworzenie innowacyjnych przedsięwzięć bazujących na unikalnych umiejętnościach w zakresie programowania. Ponadto wykorzystując doświadczenia oraz sukcesy polskich informatyków, CMI będą podejmować działania na rzecz podtrzymywania i umacniana powszechnej w świecie bardzo wysokiej opinii o polskiej szkole informatycznej.”

Zapewnienia ministrów brzmią obiecująco, ale życie może zweryfikować ich obietnice. Projekt już na samym początku zaliczył roczny poślizg. Centra miały zacząć działalność we wrześniu 2018 roku, tymczasem pierwszy nabór przeprowadzono dopiero teraz – w czerwcu i lipcu 2019. Wyniki tego naboru nie są uwidocznione na stronie internetowej. Wiadomo tylko, że rekrutowano chętnych ze wszystkich typów szkół. Szkolenie, głównie on-line, prowadzone będzie od września do maja przez jedną z pięciu uczelni technicznych. Podczas szkoleń będą realizowane zagadnienia z algorytmiki oraz wybranego języka programowania. Nauczyciele mają otrzymać dostęp do materiałów edukacyjnych, wideo, scenariuszy zajęć na otwartych licencjach dla siebie i dla uczniów. Od października do czerwca każdy ze szkolonych nauczycieli ma poprowadzić koło informatyczne dla uczniów przy wsparciu przyznanego mu grantu finansowego.

Czy ten pomysł przyniesie zapowiadane efekty? Bardzo wątpię… Kto weźmie udział w szkoleniach? Absolwenci ścisłych studiów, którzy mogą udźwignąć prowadzenie sensownych kół algorytmicznych w szkołach, czy zagrożeni bezrobociem nauczyciele przedmiotów-michałków? Kto i jak wyegzekwuje od nich ciągłość pracy kół po wygaśnięciu grantu? I wreszcie: jak skutecznie uczyć programowania na poziomie olimpijskim, gdy szkolna matematyka pikuje w dół?

To tylko niektóre z pytań. Niepokoi także uroczyste milczenie ministerialnych promotorów projektu na temat istnienia dotychczasowych form wsparcia dla młodej polskiej informatyki. Nie chcę być złym prorokiem, ale wszystko to wygląda na próbę budowania piaskowych zamków na świeżych zgliszczach, po dokładnym zaoraniu wszystkiego co istniał do tej pory…

Janina Krakowowa