Panie Ministrze, tu Ziemia!


Nie zazdroszczę Dariuszowi Piontkowskiemu. Jego resort tnie po wzburzonym morzu bez żagli i steru. Konieczność zamknięcia szkół, zapewnienia ciągłości nauczania, odsunięcia w czasie egzaminów, oraz nieuchronne zmiany w sposobach rekrutowania uczniów i studentów, to są wyzwania, których nie doświadczali poprzednicy ministra.

Doceniając niezwykłość tych okoliczności, nie mogę jednak zrozumieć czemu rządzący, zamiast szczerze mówić o trudnościach, odgrywają przed nami podszyte fałszem przestawienie. My, obywatele, mamy żyć w złudnym poczuciu, że sprawy idą we właściwym kierunku. Tymczasem przy najlepszych chęciach trudno jest wierzyć w zapewnienia, że polskie szpitale i polskie szkoły są przygotowane na czas epidemii.

Dlaczego rządzący nie traktują nas poważnie? Czyż obywatele nie powinni znać planów i współuczestniczyć w rozwiązywaniu problemów?

Publiczne wystąpienia ministra Piontkowskiego z ostatniego tygodnia przelały czarę goryczy. Ludzie związani z edukacją mają dość półprawd, manipulacji i zdawkowych komunikatów.

Zdalna szkoła – mistyfikacja czy 100% normy?

Minister unika drażliwych tematów i bagatelizuje zagrożenia związane ze zdalnym funkcjonowaniem szkół. Kreuje się też na architekta nauczania na odległość.

Jedyna trudność, o której mówi w miarę otwarcie, to braki sprzętowe uczniów i nauczycieli, oraz kłopoty z internetem. Ale i tu ministerstwo jest o krok od zaradzenia kłopotom, bo przekierowało 180 milionów złotych. Pieniądze są oczywiście cennym wsparciem, choć to kropla w morzu prawdziwych potrzeb. Chwaląc się darowizną, MEN przemilcza, że chodzi o środki unijne. Nie nagłaśnia też równoległych oddolnych inicjatyw – m.in. zbiórek sprzętu wśród osób prywatnych i firm.


W szkole moich dzieci wszystkie problemy z dostępem do e-lekcji udało się zażegnać w ten sposób, dzięki wsparciu rodziców innych uczniów, w ciągu kilku pierwszych dni trwania zdalnej nauki. Potrzebujący dostali to, czego im brakowało na własność (urządzenia kupowane z MEN-owskich funduszy są wypożyczane). Wiem, że w biedniejszych regionach trudniej o takie rozwiązanie, ale to się jednak dzieje.

Kłopoty ze sprzętem to nie jest jedyny problem. Są i inne, przemilczane przez urzędników. Takie jak brak domowych warunków do nauki, jak niechęć dzieci do pracy w nowym systemie. Jak trudność odnalezienia się w nauce na odległość bez ciągłego nadzoru rodzica, czy opiekuna. Jak ograniczenia uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. W rezultacie pogłębiają się edukacyjne nierówności, bo część uczniów pracuje intensywnie, a inni nie robią nic.

Oficjalny przekaz tchnie jednak optymizmem. Obowiązuje narracja, że szkoły pracują normalnie (choć zdalnie) i świetnie sobie radzą z realizacją podstawy programowej. Mit o niezakłóconej realizacji podstawy podstawowej ma zasadnicze znaczenie. Ma go podbudować rozbudowany do granic absurdu system sprawozdawczości. Kuratoria zasypują skrzynki dyrektorów ankietami do wypełnienia „na cito” o postępach w nauczaniu na odległość. Do tego każdy nauczyciel sprawozdaje dyrektorowi, że rozesłał materiały i wpisał tematy do e-dziennika. Dyrektor sprawozdaje kuratorowi. Kurator bezzwłocznie śle dobre wieści do ministerstwa. Każdy w tym łańcuszku dodaje coś od siebie.

To zestawienie zostało zamieszczone w dokumencie „Wsparcie uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi – rekomendacje MEN”. To pokaz działania biurokratycznego systemu, w którym wszyscy raportują 100% wykonania działań, a MEN chwali się osiągnięciami.


Efekt? Podrasowane statystyki (takie jak ta powyżej), które mają być twardym dowodem, że szkoły w stu procentach wywiązują się z obowiązku pracy na odległość, podstawa programowa realizowana jest nie gorzej niż przed pandemią, a nauczyciele docierają do każdego ucznia i każdego rodzica. Do tego oczywiście dzieci z trudnościami mają zagwarantowane indywidualne traktowanie.

Dobre samopoczucie urzędników nie topnieje. 23 kwietnia w wywiadzie dla 1 programu Polskiego Radia minister Piontkowski pozwolił sobie nawet na kuriozalny komunikat: Według jego słów obecnie szkoła jest w sytuacji nawet lepszej sytuacja niż rok temu, bo „czas bez obowiązku realizacji podstawy programowej wyniósł zaledwie kilka dni”. Nie do wiary. Mamy pandemię, ludzi zamkniętych w domach, dzieci, które funkcjonują niejednokrotnie w bardzo złych warunkach, a tu miarą sukcesu są dni z obowiązkiem realizacji podstawy programowej, a nie to co realnie udaje się w tych ciężkich warunkach zrobić…

Uczymy i dokształcamy”

W ubiegłym tygodniu w ministerialnej narracji o zdalnym nauczaniu pojawił się jeszcze jeden zadziwiający element. Dariusz Piontkowski zasugerował, że jego resort przeszkolił nauczycieli, by dobrze mogli wykonywać pracę na odległość. Niezręczna wypowiedź ministra z 17 kwietnia dla Polskiej Agencji Prasowej: „uczymy i dokształcamy nauczycieli” rozgrzała internet.

Bo żadnych ministerialnych szkoleń nie było, a niemal wszystko co dobrego wydarzyło się w edukacji w ostatnim miesiącu to zasługa zwykłych ludzi: szeregowych nauczycieli, dyrektorów, zaangażowanych rodziców, a także samych uczniów. Swoją cegiełkę dołożyły też grupy nauczycieli-nowatorów, od dawna przygotowujących grunt pod rewolucję cyfrową (na przykład Superbelfrzy), oraz organizacje pozarządowe i różne stowarzyszenia. Wszyscy ci ludzie poczuli, że ich praca zostaje właśnie bezprawnie zawłaszczona przez MEN.

Zdalne nauczanie jest dziś faktem. Jego skuteczność wymyka się jednak jednoznacznej ocenie. Są szkoły, które pracują na odległość z podobnym skutkiem jak pracowały przed epidemią, realizując nawet zajęcia dodatkowe, czy konsultacje. Są inne szkoły, gdzie nauka na odległość idzie opornie, a przyjęte metody nie sprawdziły się, bo z różnych przyczyn ograniczają się do rozsyłania uczniom zadań. Są – jak zawsze – nauczyciele pasjonaci i nauczyciele unikający zbędnego wysiłku. Drastycznie pogłębiły się różnice między uczniami – jedni mają warunki w domu do nauki i umiejętność narzucenia sobie pewnego reżimu, a inni nie. Powrót do tradycyjnej szkoły będzie bolesny. Ujawnią się poważne dysproporcje w realizacji szkolnego materiału. Trzeba będzie nadrabiać zaległości. Ale o tych ciemnych stronach zdalnej edukacji urzędnicy MEN nie chcą mówić.

Pudrowanie porażki

Tymczasem prócz przechwałek dotyczących sprawczej roli MEN w przechodzeniu szkół na zdalne nauczanie i wyjątkowo sprawnej realizacji podstawy programowej mamy też irytujące próby nazywania sukcesami ministerialnych wpadek.

Przykładem mogą być tzw. egzaminy próbne on-line dla ósmoklasistów i maturzystów. Ich przeprowadzenie na przełomie marca i kwietnia poprzedziła akcja reklamowa prowadzona przez MEN. Wskazywano, że to cenny wkład resortu w trudnym okresie w pomoc uczniom kończącym szkoły. Wszystko to okazało się być farsą. CKE wprawdzie zrealizowała zamówienie MEN, ale zrobiła to bez żadnego wkładu pracy. Wysyłano uczniom stare arkusze matur, dostępne od dawna w sieci. To materiał zazwyczaj już przerobiony. Twórczy wkład CKE ograniczył się do zmiany nagłówka na „kwiecień 2020”. Zmarnowano czas i zapał uczniów, nie dano im zapowiadanej szansy na sprawdzenie umiejętności. Ukradziono ich czas, bo nauczyciele zawiesili zdalne zajęcia, licząc naiwnie, że uczniowie skorzystają więcej poddając się ministerialnej próbie. Jako mama maturzysty widziałam rozczarowanie i rozgoryczenie młodzieży.Tym gestem okazano lekceważenie ponad 200 000 młodych ludzi.

Po wszystkim urzędnicy nie zdobyli się nawet na przeprosiny. Nie zważając na falę krytyki kontynuują autopromocję z wykorzystaniem „egzaminów próbnych”. Na stronie ministerstwa, a także na własnych profilach wiceministrów, zawisły w ostatnich dniach triumfalne grafiki – zestawienia milionów pobrań tych nieszczęsnych arkuszy. Nikt się nie zająknął, że te miliony pobrań to obraz skali nadszarpniętego zaufania, a także skutek problemów technicznych z pobieraniem arkuszy… To co się sprzedaje jako rzekomy sukces, jest porażką.

MEN równie uporczywie promuje się przy okazji innego projektu – nieprzemyślanej i niechlujnie zrealizowanej „Szkoły z TVP”. Telewizyjne lekcje przygotowywane w bezprzykładnym pośpiechu, bez merytorycznej kontroli, przyniosły – jak na razie – więcej szkody niż pożytku. Uczniowie dostali obciążone błędami i nieudolnie zmontowane filmiki. A nauczyciele mają poczucie, że emitując na całą Polskę parodie szkolnych zajęć poddano w wątpliwość kwalifikacje ich grupy zawodowej.

Warto pamiętać, że zarówno „próbne egzaminy”, jak i „Szkoła z TVP”, to nie są działania charytatywne. My wszyscy płacimy za ich realizację. Płacimy też za cykle reklam, które funduje sobie przy okazji MEN.

Jak w czeskim filmie…

Najważniejsza dziś kwestia to jednak informacyjny chaos. MEN od tygodni kluczy i odwleka chwilę, w której przedstawi jasne scenariusze dotyczące przyszłości.

W sprawie harmonogramu egzaminów trzymano nas w napięciu aż do przedświątecznego czwartku, gdy do pierwszego egzaminu ósmoklasisty zostało 11 dni. Okres przełączenia szkół na pracę zdalną jest przedłużany cyklicznie o raptem dwa tygodnie, a formalna informacja o tym przedłużeniu spływa w ostatniej chwili…

O prawdopodobnym dalszym losie uczniów kończących szkoły wiemy wciąż bardzo mało. Grubo za mało. Komunikaty są niejednoznaczne, zagmatwane. Minister Piontkowski twierdzi, że czeka na rekomendacje ministra Szumowskiego. Brzmi to nieszczerze, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że doktor Szumowski już się wypowiedział i to dość jednoznacznie. Mówił, że pandemia może potrwać dwa lata i bezpośrednie wybory mogłyby się odbyć najwcześniej po takim czasie. Mówił, że maseczki będziemy mogli zdjąć z twarzy po wyprodukowaniu skutecznej szczepionki. Mówił, że o koloniach i obozach podczas najbliższych wakacji należy zapomnieć…

Niejasności w wypowiedziach czołowych polityków odnośnie egzaminów i rekrutacji jest więcej. Ktoś nazwał te wypowiedzi kwestiami z czeskiego filmu. To krzywdząca etykieta, bo akurat Czesi zadecydowali już miesiąc temu, jak u nich będzie wyglądać sprawa końcowych egzaminów.

Nieznośny stan niepewności

Polscy uczniowie, na wzór czeskich, francuskich czy brytyjskich kolegów, też powinni już dawno znać wariantowy scenariusz swojego losu, wraz z konsekwencjami każdej z tych ścieżek dla rekrutacji. Bezwzględnie powinno być już wiadomo co czeka uczniów, jeśli egzaminów państwowych nie uda się przeprowadzić… Choć na razie taka opcja przedstawiana jest jako ostateczność – opcja atomowa, jak mówił szef CKE.

Na chłopski rozum rezygnacja z egzaminu ósmoklasisty wydaje się być bardzo prawdopodobna. Zapewnienia Marcina Smolika z CKE o tym, że być może uda się przeprowadzić sprawdzian po podstawówce w drugiej turze, czyli po maturach (a więc zapewne w środku lata), budzą nieufność, bo to termin, który całkowicie burzy rekrutację. W świetle przepisów prawa niemożliwe jest zresztą wydanie w czerwcu świadectw ukończenia szkoły, bo warunkiem koniecznym jest podejście do egzaminu.

Uczniowie ósmych klas już teraz, gdy walczą o końcowe oceny, powinni znać nowy algorytm rekrutacji w wariancie bez not egzaminacyjnych. Szkoły powinny mieć zapowiedzianą możliwość zdalnego przepytywania kandydatów (tak, jak robią to już placówki niepubliczne). Można myśleć o przeprowadzeniu w dużych miastach czegoś na kształt wspólnego dla wielu szkół egzaminu różnicującego kandydatów. W każdym razie tych, którzy aspirują do najbardziej obleganych klas. Końcowe oceny będą w rekrutacji do takich klas niewystarczającym kryterium. Zwłaszcza te stopnie z nauczaniu na odległość, ale nie tylko one. Polski system wystawiania ocen końcowych jest wysoce nieprzejrzysty.

W przypadku egzaminu dojrzałości pozostaje rzeczywiście mieć nadzieję, że uda się go przeprowadzić, choćby w okrojonej formie. Ale i o zmianach liczby obowiązkowych egzaminów (i ich konsekwencjach na przykład dla osób planujących studia językowe) trzeba już mówić.

Należy dopracowywać szczegóły. Wiemy z doświadczenia, że rozwiązania wprowadzane przez obecny rząd przygotowywane są „w trybie jednej nocy” i przez to obciążone poważnymi usterkami. Wymagają wielu poprawek. A w sprawie przepisów rekrutacyjnych trzeba zadziałać bezbłędnie!

Ekspertyzy? Analizy?

Śledząc bieżące wydarzenia da się zauważyć, że sprawy, które dla uczniów i ich nauczycieli są najważniejsze, nie były dotąd dostatecznie dobrze przeanalizowane. A przynajmniej nic o tym nie wiemy. Urzędnicy MEN skupili się na realizacji doraźnych zadań propagandowych, które wpisują się w politykę przekonywania obywateli o skuteczności działań całego rządu.

Profil ministerstwa na facebooku nie jest miejscem, gdzie dyskutuje się o ważnych kwestiach, gdzie rozwiewa się nurtujące ludzi wątpliwości. To jest miejsce gdzie, sławi się „sukcesy” ministerstwa.

Ekspertyzy? Wiele wskazuje, że ich po prostu na razie nie ma, jeszcze nie powstały. Media donosiły, że badanie dotyczące rozwiązań egzaminacyjno-rekrutacyjnych przyjętych w innych krajach ministerstwo edukacji zleciło dopiero w kwietniu. Po tym, jak 2 kwietnia maturzysta z warszawskiego liceum, Tymon P. Radzik, zażądał przedstawienia opinii, rekomendacji i opracowań dotyczących skutków poszczególnych wariantów przeprowadzenia i odwołania tegorocznych egzaminów państwowych. „Mamy prawo wiedzieć, czy Ministerstwo dokonywało analiz” – napisał na swoim profilu maturzysta.

Jeszcze więcej nieufności kryje się w zalajkowanym przez ponad sto osób komentarzu, który pojawił się 18 kwietnia pod artykułem MEN pomaga w zdalnym nauczaniu? Nauczyciele: Zostaliśmy zostawieni sami sobie:

A co MEN zrobiło w obliczu nadchodzącej epidemii? Pewnie dziesiątki, jak nie setki tysięcy polskich nauczycieli, pragnęłoby się dowiedzieć, jak przebiegały przygotowania.

Zatem Panie Ministrze karty na stół! Proszę powiedzieć: Co MEN zrobiło przez 2 miesiące, od kiedy pojawiły się pierwsze informacje o kwarantannie kilkunastu chińskich miast i zamykaniu szkół, żeby zapobiec przerwaniu procesu dydaktycznego?

🔸 Czy odbyły się jakiekolwiek spotkania poświęcone możliwościom nauki w sytuacji zagrożenia?
🔸 Kiedy takie spotkania miały miejsce?
🔸 Jak długo trwały?
🔸 Kto w nich uczestniczył?
🔸 Jakie rozpatrywano scenariusze rozwoju wydarzeń, w tym przeprowadzenia egzaminów i matur?
🔸 Jakie KONKRETNE wnioski czy zalecenia sformułowano?
🔸 Kto, w jakim zakresie i od kiedy (szczególnie przez ostatnie 2 miesiące) pracował nad przygotowaniem e-learningu?
🔸 Kto i w jakim zakresie analizował sprzętowe możliwości uczniów i nauczycieli?
🔸 Kiedy rozpoczęły się rozmowy o włączeniu w ten proces TVP?
🔸 Kto odpowiada za ośmieszającą środowisko „Szkołę Z TVP”?

Nawet jeśli część tych pytań jest na wyrost, to oddają one dobrze nastrój zniecierpliwienia. Bo od pięciu tygodni urzędnicy MEN starają się, by wątpliwości, które trapią uczniów i nauczycieli nie zostały nie zostały jednoznacznie rozwiane.

Powtórzmy za Tymonem Radzikiem: W tej trudnej sytuacji mamy prawo wiedzieć, czy ministerstwo dokonywało analiz i na jakie rozwiązania te analizy wskazują…

Janina Krakowowa

Czytaj też:

Eichelberger: nauczyciele, od Was zależy więcej niż kiedykolwiek!

Milczenie jest złotem – nauczycielka pisze do ministra Piontkowskiego