Czy ja pracuję w cyrku?


Ostatnio tak dużo dzieje się w oświacie, że chociaż nie jestem pierwszą osobą, która chciałaby się wypowiedzieć, to jednak spróbuję.

Od kilku lat jestem nauczycielem z pełnymi kwalifikacjami. Wcześniej pracowałam w korporacji i popołudniami prowadziłam zajęcia dodatkowe dla uczniów. Właśnie te zajęcia spowodowały, że postanowiłam uzupełnić kwalifikacje, żeby móc pracować w szkole. Czy dzisiaj podjęłabym taką samą decyzję? NIE! Wiem, tutaj może się wylać na mnie fala hejtu, ale to będzie reakcja tych, którzy nie wiedzą, co tak naprawdę oznacza bycie nauczycielem w szkole.

Za to rodzice wymagają od nas wychowywania, nauczania, pełnego zaangażowania, kultury i jeszcze trochę a będę tańczyć, skakać i recytować, żeby zabawić moich uczniów. Czy ja pracuję w cyrku? To pytanie uwierzcie mi, przynajmniej kilka razy w tygodniu pojawia się w mojej głowie.

Cieszę się, że uczniowie znają statut szkoły, swoje prawa, szkoda tylko, że zapominają o swoich obowiązkach. A i tak jedną z „najcudowniejszych” rzeczy jakie wymyślili obecnie rodzice jest płacenie swoim pociechom za pozytywne oceny. Uczę w szkole podstawowej praktycznie we wszystkich rocznikach i często się spotykam „da mi pani 5- zamiast 4+, bo za piątki dostaję 20 zł?”. Poważnie? Sama mam dzieci i nigdy nie wpadłabym na taki pomysł. Cieszę się z każdej pozytywnej oceny moich dzieci, te negatywne analizujemy, gdzie leży problem, jak można to poprawić. Ale przekupstwo?

Jest wielu nauczycieli, którzy z powodu wypalenia w ocenie rodziców nie powinni pracować w szkole. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, dlaczego tak się dzieje. Jest coraz więcej wymagań w stosunku do nas, wszystko się spycha na dyrekcję, na nauczycieli, a dziecko najlepiej, żeby tylko przyszło i przysłowiowo pachniało w szkole przez kilka godzin. Czasami żal patrzeć jak nasza dyrekcja gimnastykuje się i przeprasza za wszystko, bo któreś z rodziców ma jakieś chore pretensje. Mój kalendarz jest zapisany milionem informacji, tak jakby każdy rodzic myślał, że jego dziecko ma indywidualną ścieżkę nauczania. Nie mam o to pretensji, wiadomo, że dla każdego rodzica własna pociecha jest najważniejsza, ale zrozumcie, jak bardzo ograniczone są nasze możliwości.

W społecznej ocenie jesteśmy nierobami, jesteśmy wiecznie buntującą się grupą zawodową, wiecznie nam źle. Ciągle słyszymy: „Jak się nie podoba to zmień pracę!” To świadczy o braku zrozumienia, a przede wszystkim o społecznym „TU-MI-WISI-zmie” i znieczulicy. Moim zdaniem aktualny chaos polityczny powoduje, że społeczeństwo staję się egoistyczne i samo zmierza do destrukcji. Ludzie mają pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie. Czy każdy jest w stanie stanąć przed lustrem i powiedzieć, że daje z siebie 100% codziennie w pracy? Nie wydaje mi się. Dlatego nie oceniajcie nauczycieli tak surowo, naprawdę większość z nas daje z siebie dużo, ale jak widzimy tę całą znieczulice i pogardę, to tak naprawdę, jak długo można udawać, że wszystko jest okej?

Z drugiej strony, dopóki minister będzie podawał dziwne kwoty, które rzekomo mają być wynagrodzeniami nauczycieli, to Wasze dzieci będą uczone przez tzw. „starą” kadrę lub emerytowanych nauczycieli. Bo nikt, nie pójdzie pracować do szkoły, gdzie odpowiedzialność jest ogromna za takie pieniądze. I zgodnie z zaleceniem wykształconych, młodych nauczycieli spotkacie najprędzej w korpo albo w przysłowiowej „Biedronce”.

Nauczycielka języka angielskiego z 6-letnim stażem