Szkoła może nie liczyć się z prawdą i podporządkować wychowanie określonym celom politycznym - tak było w czasach PRL. Za cel wychowania uznawano wówczas podporządkowanie uczniów obowiązującej ideologii, a najbardziej ceniono posłuszeństwo. Chyba wracamy do tego systemu autorytarnego.

Karolina Słowik: Pamięta pani reformę edukacji z 1999 r., gdy wprowadzano gimnazja?

Dr Krystyna Starczewska: Nie byłam zachwycona. Od 10 lat prowadziliśmy nasze społeczne liceum przy Bednarskiej, nie mieliśmy kontaktu z młodszymi dziećmi.

Jednak założyliście gimnazjum już w roku reformy.

– Bo liceum o rok skrócono. Chodziło nam o utrzymanie godzin pracy dla nauczycieli.

Były problemy z gimnazjalistami?

– Nie pamiętam niczego dramatycznego. Najpierw chodzili do jednej szkoły z licealistami, potem otrzymaliśmy budynek przy Raszyńskiej, oddzieliliśmy gimnazjum od liceum.

Co się stanie z „Raszyńską” po reformie edukacji minister Zalewskiej?

– W tej chwili przyjmujemy dzieci do siódmej klasy. Kandydatów zgłosiło się bardzo dużo. Są kolejki tych, którzy się nie dostali i czekają na dodatkowe miejsca. Od 2019 r. zamierzamy prowadzić szkołę podstawową w dwóch miejscach: w obecnej szkole, przy ul. Kawalerii, zostawimy klasy I-V, a przy Raszyńskiej umieścimy szósto-, siódmo- i ósmoklasistów. Minister Zalewska zapewniła mnie, że będzie możliwe prowadzenie jednej szkoły podstawowej w dwóch miejscach.

Czyli reforma tylko trochę pokrzyżuje wam szyki?

– Bardzo nam pokrzyżuje, bo trzeba będzie realizować nowy program, który jest niedobry. Mniej godzin z przedmiotów przyrodniczych, okrojona matematyka, lista lektur dla szkoły podstawowej to właściwie tylko literatura polska, głównie XIX-wieczna. Geografia też będzie oparta przede wszystkim na mapie Polski. Czyli po prostu polonocentryzm. Prawdziwie wstrząśnięta byłam programem historii dla IV klasy podstawówki. Przez rok sylwetki 18 wielkich Polaków, od Mieszka I do bohaterów „Solidarności”. 10-letnie dzieci będą musiały przerobić historię od średniowiecza do dnia dzisiejszego. Przecież to niemożliwe. Będą uczyć się na pamięć zasług tych ludzi? Jakiś absurd.

Wy macie dużo zajęć fakultatywnych. Mam wrażenie, że „Raszyńska” sobie poradzi.

– Trzeba będzie sobie radzić poza systemem. W naszym rozumieniu szkoła ma służyć rozwojowi dziecka. Powinniśmy uczyć tak, żeby każdy młody człowiek odnalazł to, co go najbardziej interesuje, żeby miał poczucie, że robi coś nie dlatego, bo musi, tylko dlatego, że coś go naprawdę pasjonuje. Temu celowi służą w naszych szkołach fakultety i zajęcia pozalekcyjne. Ale teraz na tych zajęciach będziemy musieli także uzupełniać to, czego brakuje w programie.

W efekcie reformy obniży się w kraju poziom kształcenia ogólnego, bo skraca się je o rok – z dziewięciu lat do ośmiu. Elita pójdzie do liceum. Ci, którzy trafią do zawodówek, będą mieli wykształcenie ogólne okrojone i prymitywne. To odejście od postulatu wyrównywania szans, do którego mieliśmy dążyć.

Gimnazja dawały ponadto szanse na dostosowanie metod wychowawczych do trudnego wieku dojrzewania.

Ja byłam drugim rocznikiem, który poszedł do gimnazjum. Nikt nas specjalnie nie traktował.

– Ale przez te 17 lat wiele się zmieniło.

To skąd powszechne przekonanie, że gimnazjum to patogenne środowisko?

– Jest to przekonanie fałszywe. Badania wskazują, że w gimnazjach jest mniej agresji niż w podstawówkach.

Czy reforma minister Zalewskiej może dać wam coś dobrego?

– Nie sądzę. Reformy nie można wprowadzać nagle. Musi być poprzedzona badaniami. Gdyby to ode mnie zależało, postulowałabym zakładanie próbnych szkół z autorskimi programami. Ważne, żeby decyzje były podejmowane przez ludzi, którzy mają bezpośredni kontakt z dziećmi i widzą, co dobrze działa, a co gorzej. Nie da się też wprowadzić dobrej reformy edukacji bez reformy kształcenia nauczycieli.

Wracając do reformy minister Zalewskiej, jednym z głównych zarzutów jest brak konsultacji społecznych. Ministerstwo wprawdzie chwali się, że miało tysiące spotkań, ale to zawracanie głowy.

Była pani na którymś spotkaniu?

– Byłam, ale to nie miało sensu. Polegało na referowaniu pomysłów. Gdy rozpoczynała się dyskusja, na sali nie było już nikogo z ministerstwa.

Ale gdy był duży nacisk społeczny, np. odnośnie do klas dwujęzycznych czy kształcenia dzieci niepełnosprawnych, ministerstwo ustępowało.

– To była ważna sprawa. Indywidualne lekcje uczniów niepełnosprawnych miały odbywać się w domach, co jest absurdem, bo przecież najważniejszą rzeczą dla nich jest kontakt z rówieśnikami. Dobrze, że się z tego pomysłu wycofano. Z drugiej strony zebrano prawie milion podpisów za tym, by przeprowadzić referendum w sprawie reformy szkolnej, ale nie widać, żeby władze dotrzymały obietnicy liczenia się z głosem suwerena.

Powiedziała pani, że reformę zaczynałaby od szkół eksperymentalnych, by przetestować autorskie programy. Ale w liceum przy Bednarskiej i gimnazjum przy Raszyńskiej testujecie świetne pomysły od ponad 25 lat. Macie już wiedzę, co się sprawdza, a co nie.

– Przed powołaniem „Bednarskiej” w 1989 r. spotykaliśmy się przez rok z przyszłymi uczniami, rodzicami i nauczycielami, żeby wspólnie dyskutować nad programem dydaktycznym i wychowawczym szkoły, którą pragnęliśmy założyć. Kładliśmy nacisk na uczenie problemowe i korelacje między przedmiotami, żeby nauka nie sprowadzała się do pamięciowego wkuwania faktów, lecz rozwijała samodzielność myślenia, umiejętność formułowania problemów, pomagała w rozumieniu świata. Niestety, korelacji pomiędzy programami pokrewnych przedmiotów nie ma w programach szkolnych do dziś.

Ważną ideą było dla nas zastępowanie rywalizacji, często głównej motywacji uczenia się, współpracą. Duży nacisk położyliśmy także na to, by otworzyć szkołę na przyjmowanie dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – niepełnosprawnych, z domów dziecka, uchodźców. Nie płacą czesnego, a gdy to konieczne, otrzymują stypendia. Przez nasze szkoły przewinęli się uczniowie z 16 krajów. Obecnie na 350 uczniów w gimnazjum przy Raszyńskiej 70 to obcokrajowcy. Jeśli nie znają języka, przez rok chodzą do specjalnych klas multi-kulti, gdzie mają po kilka godzin polskiego dziennie. Ta dziewczynka, która otworzyła pani drzwi, to Deshi, Tybetanka. Mieszka od chwili przyjazdu u mojej córki, skończyła nasze gimnazjum, teraz chodzi do naszego liceum. Dla naszych uczniów kontakt z kolegami z różnych stron świata jest niezwykle ważny: uczy w praktyce tolerancji, akceptacji wielokulturowości, uwrażliwia na potrzeby innych. Ostatnio nasi uczniowie zorganizowali samodzielnie zbiorowy protest przeciwko deportacji ich koleżanki z Ukrainy.

We wszystkich waszych szkołach obowiązuje konstytucja, istnieją sejm, rząd i sąd.

– Szkolna demokracja to podstawowe założenie naszego systemu wychowawczego – to zasada antyautorytarnego systemu wychowania, który realizujemy od początku istnienia „Bednarskiej”. Do sejmu, czyli szkolnego rządu, oraz do szkolnego sądu wybierani są w wyborach powszechnych przedstawiciele trzech szkolnych stanów: uczniów, rodziców i nauczycieli. Uczniowie w praktyce poznają więc zasadę trójpodziału władzy, który jest podstawą demokracji. Każda ze szkół naszego zespołu wypracowała własny system funkcjonowania demokracji, np. w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym przy Kłopotowskiego obowiązuje demokracja bezpośrednia: władzy ustawodawczej nie pełni Sejm, tylko Zgromadzenie Ogólne wszystkich obywateli szkoły.

Co to daje? Może to tylko zawracanie głowy?

– Nie można nauczyć się chemii, nie robiąc eksperymentów. Tak samo trudno zrozumieć, co to znaczy demokracja, jedynie ucząc się jej zasad na pamięć. Trzeba poznać na własnej skórze, jak to działa w praktyce. Nasz system można polecić jako obywatelskie wychowanie w praktyce. Taki błahy przykład: uczniowie w demokratyczny sposób zdecydowali przed laty, że nie będzie u nas klas Ia czy IIIb, lecz że klasy same zdecydują, jak się będą nazywać. Pierwszoklasiści jadą na tygodniowy wyjazd integracyjny, wybierają nazwę i utrzymują ją w tajemnicy aż do otrzęsin. Robią wtedy przedstawienie, a sala musi zgadnąć, jaką nazwę wybrali. Nazywają się różnie, obecnie są np. klasy „Kocham cię”, „Nutella”, „Dzicy ogrodnicy”. Kiedyś idę korytarzem i pytam pierwszaka: „Z której jesteś klasy?”, a on mi odpowiada: „Zgadnij”. Myślę sobie – to już przesada, na pytanie dyrektora odpowiadać: „Zgadnij”. Okazało się, że jego klasa wybrała właśnie taką nazwę. To bardzo dobre, rozluźnia atmosferę. Szkoła nie jest taka serio, a uczniowie czują, że od pierwszych dni mają na nią wpływ.

Janusz Korczak mówił: „Dziecko nie dopiero będzie, ale już jest człowiekiem”. To głęboka prawda – uczeń nie jest materiałem, z którego mamy dopiero uformować człowieka. Uczeń to człowiek, z którym musimy wejść w dialog, poznać go, zrozumieć i pomóc mu w odnalezieniu i zrozumieniu siebie. Szkoła może jednak nie liczyć się z tą prawdą i podporządkować wychowanie określonym celom politycznym – tak było w czasach PRL. Za cel wychowania uznawano wówczas wymuszone podporządkowanie uczniów obowiązującej ideologii, a najbardziej ceniono posłuszeństwo.

Gdy zaczynała pani pracę, rządziło posłuszeństwo?

– W 1958 r., po ukończeniu polonistyki, rozpoczęłam pracę w szkole podstawowej na Okęciu. Panował tam całkowicie autorytarny system wychowania. Nawet bito dzieci – linijką po łapach, czasem mocniej. Kiedyś przyszedł na lekcję chłopak, któremu krew ciekła po szyi. Wracał od dyrektora. On niegrzecznych chłopców podnosił za uszy. Rodzice te metody popierali, bo sami byli tak wychowywani. Gdy powiedziałam, że nie będę bić, tatusiowie na zebraniu oświadczyli: „Pani taka młodziutka, nie poradzi sobie pani. Ale my pomożemy”. Zaproponowali, żebym zapisywała występki uczniów, a oni przyjdą raz w tygodniu i dadzą w pupę pasem tyle razy, ile trzeba. Po roku zrezygnowałam.

Przeniosłam się do Liceum im. Słowackiego. Tam wprawdzie nie było bicia, ale był przymus ideologiczny. Na moich lekcjach uczniowie mogli jednak swobodnie wyrażać swoje opinie. Maturę pisali tak, jak byli przyzwyczajeni, czyli samodzielnie. Temat był o patriotyzmie, chodziło oczywiście o patriotyzm socjalistyczny. Jedna dziewczyna jako motto wypracowania przyjęła słynny cytat z listu biskupów polskich do biskupów niemieckich: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Napisała piękną pracę w duchu chrześcijańskim, uzasadniając twierdzenie, że patriotyzm nie może rodzić wrogości i nienawiści. Dałam jej piątkę. A druga, anarchistka, zaczęła od zdania: „Słowo ojczyzna, czy to w ataku, czy zagrożeniu, zawsze cuchnie mordem”. Uzasadniała je, powołując się m.in. na Kropotkina, że patriotyzm łatwo przeradza się w nacjonalizm, szowinizm i nienawiść. Dałam jej czwórkę, bo zrobiła kilka błędów ortograficznych. Wybuchł skandal, dyrektor razem z sekretarzem partii kazali mi postawić obu dziewczynom oceny niedostateczne za to, że ich prace są niezgodne z obowiązującą ideologią. Nie zgodziłam się. Powiedziałam, że jak mają kogoś karać, to raczej mnie, bo nie uprzedziłam uczniów, że na maturze nie wolno im wyrażać własnych przekonań. Usunięto mnie ze szkoły. Dostałam też bumagę z kuratorium, że mam zakaz nauczania, bo demoralizuję młodzież. Wróciłam do pracy nauczycielskiej dopiero we wrześniu 1989 r., gdy ruszyło nasze I Społeczne Liceum Ogólnokształcące.

Z perspektywy pani doświadczenia: jak rządzący powinni reformować oświatę?

– Reforma nie może być wprowadzana arbitralną decyzją urzędników, w pośpiechu, na podstawie niesprawdzonych lub fałszywych diagnoz. Musi być poprzedzona analizą tego, co dobrze działa, a co wymaga naprawy. Osobiście doradzałabym rozważenie powrotu do reformy Jędrzejewicza z 1934 r., czyli wydłużenie nauki w gimnazjach do lat czterech, z małą maturę dla wszystkich uczniów. Potem wybór: albo dwuletnie profilowane liceum ogólnokształcące przygotowujące do studiów wyższych, albo dwuletnia szkoła zawodowa, albo trzyletnie technikum. Wydłużylibyśmy w ten sposób powszechne kształcenie do 10 lat, podnosząc poziom wykształcenia ogólnego. Ale to jest oczywiście projekt całkowicie nierealny.

Dlaczego?

– Powiedziano mi to wprost. Gimnazja podlegają gminom, a licea wojewodzie. Za każdym uczniem idą pieniądze, wojewodowie nie zgodzą się na zmniejszenie przysługującej im obecnie subwencji. To, co można obecnie zrobić, to zostawić szkołom więcej autonomii, by mogły rozwijać projekty korzystne dla uczniów.

Takie będą szkoły po reformie Zalewskiej? Posłuszeństwo, nikt się nie wychyla?

– Zarówno proponowany program, jak i sposób wprowadzenia tej reformy zapowiadają powrót do systemu autorytarnego, do przekazywania uczniom obowiązującej, jedynie słusznej ideologii. Z tą różnicą, że ideologia obowiązująca w szkolnictwie PRL będzie zastąpiona przez ideologię patriotyzmu w PiS-owskim wydaniu.

Krystyna Starczewska

Ur. w 1937 r., polonistka, filozofka, była opozycjonistka związana z KOR i Towarzystwem Kursów Naukowych. Współtwórczyni słynnych warszawskich szkół: społecznego liceum „Bednarska” i Gimnazjum nr 20 „Raszyńska”. Wraz z sześcioma placówkami (Bednarska Szkoła Podstawowa, Gimnazjum Startowa, Gimnazjum Hispaniola, Bednarska Szkoła Realna, I SLO z maturą międzynarodową, Wielokulturowe Liceum Humanistyczne) tworzą zespół społecznych szkół „Bednarska”.

Źródło: http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,21831978,polonocentryzm-wkracza-do-szkol-chyba-wracamy-do-systemu-autorytarnego.html

Autor: Karolina Słowik