przemyślenia po pierwszych dniach szkoły

Mam na imię Dorota.

4 września z bezsilności zaciskałam pięści. Jak zresztą przez ostatni rok. O reformie edukacji pisało się już dużo. Czy ktoś zastanowił się tak naprawdę, jak to wygląda z perspektywy głównych zainteresowanych?

Dla mojej córki i jej koleżanek było oczywiste, że przyjazna, kameralna podstawówka, mocna naukowo i zżyta klasa, to etap do dobrego gimnazjum. Aby zrealizować cel, dzieciaki same z własnej inicjatywy brały udział w konkursach przedmiotowych, angażowały się w wiele aktywności, już od klasy czwartej. Bez szczególnej spiny, z wielką frajdą. Jako najlepsza uczennica w szkole, laureatka konkursu przedmiotowego, córka sama mogła wybrać gimnazjum. Była to jej pierwsza ,,dorosła” decyzja. Nie ingerowaliśmy.

Wybrała gimnazjum w zespole z liceum, więc podejście nauczycieli też było tam zupełnie inne. Córka wydoroślała w okamgnieniu. Będąc od zawsze samodzielna, rozwinęła teraz skrzydła i… kontakty towarzyskie. Nareszcie trafiła na młodzież o podobnych zainteresowaniach, gdzie czytanie książek i wiedza nie jest obciachem. Druga córka, widząc zwykły fun z chodzenia do szkoły i pozytywne zmiany, już w klasie piątej wybrała sobie gimnazjum (dodam, że jest rocznikowo młodsza od swoich kolegów). Wybrała drugi język i profil. Podobnie jak starsza świetnie się uczy ( tak, tak, mamy tego fuksa i bardzo to doceniamy), wiedzieliśmy, że sobie poradzi.

Pierwsze informacje o pseudoreformie przyjęłam z niedowierzaniem. Wysokie wyniki polskich uczniów w światowych rankingach, tytaniczna praca nauczycieli gimnazjalnych, pieniądze zainwestowane w nowe szkoły i podręczniki sprawiły, że na zdrowy rozum uznałam zapowiadaną reformę za niemożliwą. Zdając sobie także sprawę, że reformy szkolnictwa nie można przygotować na wariata, że jest to ogrom pracy, byłam pewna, że nie obejmie ona młodszej córki i dzieci, które weszły w ten etap edukacji. Nic bardziej mylnego.

Mimo protestów rodziców, nauczycieli, uczniów, środowisk naukowych, ekspertów i specjalistów od edukacji, musiałam córce powiedzieć, że do żadnej wymarzonej szkoły, pomimo swoich wyników, nie pójdzie. Nie będę Wam opisywać, jak zareagowała. Ona i zapewne tysiące dzieci w jej sytuacji. Dzieci zdolnych, ambitnych, chcących się uczyć. Protestując przeciwko deformie, usłyszałam, że dzieci są za małe na politykę. To proszę mojej córce wytłumaczyć, dlaczego rząd wyrzucił do kosza ponad 900 tysięcy podpisów pod wnioskiem domagającym się referendum w sprawie reformy, choć wcześniej obiecywał słuchać głosu obywateli.

Proszę wytłumaczyć jej kumulację roczników. W roku szkolnym 2018-19 do szkół średnich będzie dwa razy więcej chętnych na miejsce.

I wiecie co? Powinnam mieć to, za przeproszeniem, w dupie. Przy jej zdolnościach i chęci do pracy ona pewnie i tak się dostanie.

Ale co z resztą? Co z dzieciakami mającymi dobre stopnie i zasługującymi na liceum, które nie dostaną się tylko dlatego, że my, dorośli, nawaliliśmy ? Trudno ująć tu wszystkie wady podstaw programowych. Powiem więc tylko, że reforma na lata uczyni polskie szkolnictwo więźniem anachronicznych koncepcji edukacyjnych, uniemożliwiających przygotowanie dzieciaków do podjęcia wyzwań XXI wieku. Skąd to wiem? Bo pochyliłam się nad tym programem. Bo przepracowałam parę lat jako nauczyciel w podstawówce, w gimnazjum właśnie i w liceum. Znam dzieci i ich potrzeby na każdym etapie edukacji. Na wsiach będą się pogłębiały nierówności między dziećmi. No i to ja mam z córką problem? Najwyżej dam ją na dodatkowe zajęcia. Myślicie, że na wsi rodzice też to zrobią…?

Lekcji fizyki czy biologii jest w nowym programie mniej niż katechezy. Szkoła rozumienie kultury ogranicza głównie do tekstów pisanych. Nie ma miejsca na nowoczesną edukację seksualną i równościową czy obywatelską. Nie ma edukacji medialnej, historia zmarginalizowana jest do historii niemal wyłącznie Polski.

Związek Nauczycielstwa Polskiego już przed wakacjami informował, że pracę straciło prawie 9 tysięcy pedagogów. 22 tysiące straciło pełny etat – wielu z nich będzie teraz pracować w kilku szkołach jednocześnie. Zdajecie sobie sprawę, co to znaczy dla jakości nauczania? Samo środowisko chciało reform, bo wyzwania przed szkolnictwem są olbrzymie, a absurdy papierologii przyprawiają o zawrót głowy.

Ale obecna reforma nic nie zmienia. Uderza tylko w nasze dzieci. 

Zakaz uczenia się w szkole dla dzieci niepełnosprawnych z indywidualnym tokiem nauczania??? Odbieranie im możliwości kontaktu z rówieśnikami?! Z oburzenia dosłownie się trzęsę.

Myślicie, że wyrośnięty piętnastolatek z problemami będzie przeprowadzał grzecznie za rękę przez ulice Waszego pierwszoklasistę? Czy zdajecie sobie sprawę z konsekwencji wrzucania do jednej szkoły sześcio- i piętnastolatków? To dzieci na różnym etapie dojrzewania, potrzeb i percepcji. Kto chce takiej szkoły? Jeden z ojców, z którymi rozmawiałam, stwierdził, że on skończył za PRL-u ośmioletnią podstawówkę i nie widzi problemu, żeby jego dzieciaki też ją kończyły. Kiedy zapytałam, dlaczego chce, aby jego dzieci miały tak samo lub gorzej, patrząc na zmiany kulturowo-społeczno-ekonomiczne na świecie, nie umiał odpowiedzieć. A Wy umiecie, drogie mamy?

 Tekst pochodzi ze strony FB #jestemKatarzyną