„Dobra zmiana” w szkole.

Co wynika z monitoringu?

Zgodnie z deklaracją Koalicji NIE dla chaosu w szkole od kwietnia systematycznie zbieramy dane dotyczące przygotowań oraz wdrażania tak zwanej reformy oświaty. Nadszedł czas na pierwsze podsumowania. Z otrzymanych i nadal napływających informacji wyłania się obraz chaosu, a czasem wręcz katastrofy.

Ocenę utrudnia fakt, iż ustawodawca właściwie nie określił, czemu mają służyć zmiany. W szkole najważniejsza jest dobra edukacja dzieci i młodzieży, dlatego na tym aspekcie koncentruje się poniższa ocena sytuacji. Utratę pracy przez nauczycieli i wysokie nakłady finansowe ponoszone przez samorządy można by uznać za konieczny koszt reformy, gdyby przyniosła ona pozytywne efekty. Wszystko jednak wskazuje, że jej skutki będą odwrotne.

Opis sytuacji należy zacząć od najważniejszego, czyli od zmian widzianych z punktu widzenia uczniów. Z całego kraju napływało wiele niepokojących sygnałów o braku podręczników. W pierwszych tygodniach nauki brakowało zarówno podręczników dla uczniów, jak i materiałów metodycznych dla nauczycieli. Trudno to wyjaśnić inaczej niż bałaganem organizacyjnym. Przerzucanie odpowiedzialności na dyrekcje czy samorządy jest kpiną, bo to na twórcach reformy spoczywał obowiązek dotarcia do wszystkich szkół z wszelkimi informacjami, a na organach takich jak kuratoria obowiązek dopilnowania, by szkoły odpowiednio się przygotowały.

Otrzymaliśmy też bardzo dużo sygnałów o problemach lokalowych. Idea, by – o ile to możliwe – dzieci od pierwszej do ostatniej klasy uczyły się w tym samym budynku, niepokojąco często nie jest możliwa do realizacji. W wielu szkołach panuje tłok, a wszelkie możliwe pomieszczenia adaptowane są na sale lekcyjne. W szatniach brakuje miejsc na szafki, utrudnione jest korzystanie ze stołówek, wprowadza się nauczanie na dwie zmiany lub część uczniów ze starszych klas musi uczyć się w budynkach po „wygaszanych” gimnazjach, które przecież nadal muszą dbać o potrzeby uczniów, którzy rozpoczęli już w nich naukę (w systemie trójstopniowej edukacji). W dużych miastach już uczniowie nawet klas pierwszych uczą się w systemie dwuzmianowym. W wypadku prowadzenia części zajęć w budynkach likwidowanych gimnazjów konieczne bywa uruchomienie dowozu dzieci, co wiąże się z kolejnymi niewygodami, a nawet zagrożeniami. Pojawia się wiele sygnałów o łączeniu klas, zwłaszcza na zajęciach wf. Są też skargi na to, że dzieci z najmłodszych klas muszą funkcjonować na tym samym obszarze z dużo starszymi rocznikami. W zatłoczonych szkołach najmłodsi uczniowie mają znacznie utrudniony dostęp do szatni czy stołówki w czasie przerw.

Zmiany wywołały też duży ruch kadrowy wśród nauczycieli, wielu z nich nie przedłużono umów o pracę. W efekcie uczniowie mają nowych nauczycieli, często też nowych wychowawców – dla dzieci to stres, czasem bardzo silny. Niepokój budzą przede wszystkim odejścia nauczycieli gimnazjów. Pojawia się problem zachowania ciągłości nauki i przygotowania do egzaminów gimnazjalnych ostatnich roczników kształconych w tym trybie.

Reforma oświaty jest kosztowna. W przesłanych bilansach najwyższe pozycje stanowią odprawy dla zwalnianych nauczycieli. Samorządy wykonały wielki wysiłek finansowy, by dostosować szkoły do nowych wymogów. Niemniej wyposażenie pracowni czy dostęp do pomocy naukowych jest ograniczony. Nauczyciele informują nawet o przypadkach wożenia ze sobą pomocy naukowych pożyczonych ze szkół lepiej wyposażonych do innych, o niższym standardzie. Wysokie koszty dostosowania w wielu przypadkach wymusiły na samorządach oszczędności polegające na rezygnacji z dofinansowania zajęć dodatkowych, takich jak pływanie, informatyka czy nauka języków obcych. W związku z nadmierną liczbą uczniów wiele klas profilowanych stało się fikcją z powodu braku dostępu do pracowni tematycznych czy sal gimnastycznych.

Z bilansu urzędników Ratusza wynika, że w Warszawie ponad 400 nauczycieli straciło pracę, a prawie 2,5 tysiąca pedagogów daje lekcje w więcej, niż jednej szkole. W stolicy w publicznych szkołach i przedszkolach pracuje ponad 26 500 nauczycieli, w tym 10 824 dyplomowanych, 7 453 mianowanych, 6 557 kontraktowych i 1 694 stażystów. Najwięcej, bo ponad 16 tys. nauczycieli pracuje w szkołach podstawowych. Zgodnie z otrzymanymi danymi w tym roku szkolnym 2066 warszawskich nauczycieli pracuje w dwóch szkołach (w roku szk. 2016/2017 – 165) -  jest to 12-krotny wzrost w porównaniu z ubiegłym rokiem. W trzech i więcej szkół pracuje 418 osób (w roku szk. 2016/2017 – 11).

Aż 402 warszawskich nauczycieli i 111 pracowników administracji oraz obsługi zlikwidowanych gimnazjów zniknęło z publicznego szkolnictwa. Nie pracują w żadnej innej publicznej placówce oświatowej. W tym roku koszt odpraw nauczycieli w związku z likwidowanymi stanowiskami to blisko 2 mln zł.. W zeszłym roku w stolicy była to kwota połowę niższa.Z danych ogólnopolskich uzyskanych przez ZNP wynika, iż na dzień 30 września pracę straciło 6,492 tys. nauczycieli, a 18,5 tys. ma ograniczone etaty. To musi negatywie odbić się na poziomie nauczania młodzieży. Z powodu dużej skali zwolnień nauka często jest prowadzona przez nauczycieli, którzy dopiero poznają swoich uczniów, przejmując zadania po zwolnionych kolegach. Uwarunkowana demografią mniejsza liczebność młodzieży w połączeniu z dotychczasową liczbą nauczycieli dawała realną szansę na podniesienie poziomu nauczania. Ta szansa została właśnie zmarnowana. Tymczasem w wyniku programu 500+ prawdopodobnie wzrośnie liczba urodzeń. Za kilka lat pojawi się więc konieczność zwiększenia liczby nauczycieli i miejsc w szkołach. Tymczasem fachowcy odejdą już z zawodu, a zmiany organizacyjne spowodują przeznaczenie wielu budynków szkolnych na inne cele.

Zmiany doprowadziły do stanu, w którym nauczyciele, pracują w kilku szkołach, po kilka godzin tygodniowo w każdej. Wraz z upływem czasu plany lekcji prawdopodobnie zostaną lepiej zsynchronizowane, ale liczba nauczycieli będzie nadal spadała. Będzie to wynikało z ich odchodzenia do innych zawodów, w których można liczyć na pełny etat i zarobki pozwalające utrzymać rodzinę. Można się spodziewać, że spadnie także zainteresowanie studiami na kierunkach nauczycielskich, bo praca w tym zawodzie stała się jeszcze mniej atrakcyjna.

Po latach funkcjonowania oświaty w systemie trójstopniowym wprowadzenie ponownie systemu dwustopniowego nie ma charakteru powrotu do dobrych, wypróbowanych metod. Jest to faktycznie wprowadzenie zupełnie nowego systemu. Jego wysokie koszty spowodują, że poziom nauczania będzie silnie uzależniony od sytuacji finansowej szkoły. W wypadku dużych ośrodków miejskich w najlepszej sytuacji znajdą się uczniowie z rodzin zamożnych, które stać będzie na umieszczenie dzieci w szkołach płatnych, prawie niezależnych od finansowania ze środków publicznych. O tym, na ile reforma wpłynie na poziom nauczania, przekonamy się za kilka lat. Nawet jeśli w przyszłości poziom nauczania powróci do dotychczasowego (wysokiego), to w kilku rocznikach przejściowych średni poziom wiedzy musi spaść z powodów wyżej opisanych. Poza tym jeden z głównych celów reformy, jakim miała być stabilność środowiska szkolnego, na pewno w perspektywie kilku lat nie zostanie osiągnięty. Dodatkowo system uderzy głównie w rodziny mniej zamożne i regiony, gdzie samorządów nie będzie stać na dodatkowe dotowanie szkół.

Trudno wyobrazić sobie gorzej przygotowaną i przeprowadzoną reformę. Za błędy władzy zapłacą niestety dzieci.

mgr Jan Kamiński, socjolog