Jedna z drużyn w trakcie „burzy mózgów”
Jedna z drużyn w trakcie „burzy mózgów”.
Politechnika Białostocka, 23 marca 2018. Zdjęcie organizatora.

NÁBOJ, NASZ SUKCES O GORZKIM SMAKU

23 marca od wczesnych godzin wielu polskich uczniów, pasjonatów matematyki, zmierzało wraz z nauczycielami do Białegostoku, Gdańska, Warszawy, Krakowa i Wrocławia, aby wziąć udział w niezwykłym międzynarodowym konkursie. Náboj, bo tak się ten konkurs nazywa, kolejny już raz pokazał, że polskie drużyny matematyczne wyróżniają się na tle drużyn z innych krajów Europy. Ale wiadomości o tym nie znajdziemy ani w gazetach, ani na stronach internetowych MEN...

Z Bratysławy nad Wisłę

Náboj obmyślono dwadzieścia lat temu na Słowacji. Początkowo rozgrywany był tylko w Bratysławie, potem rozlał się na inne miasta i kraje. Polska dołączyła dopiero w roku 2015. Pierwsze polskie zawody odbyły się w jednym miejscu – w Krakowie. Ale następne lata przyniosły prawdziwą eksplozję zainteresowania. W ciągu trzech lat staliśmy się najważniejszym uczestnikiem europejskich rozgrywek. Uczniowie z Polski stanową dziś 1/3 wszystkich uczestników i zajmują 2/3 punktowanych miejsc w czołówkach rankingów. Polska ma także istotny wkład organizacyjny. Na liście autorów zadań konkursowych najliczniejszą grupę stanowią młodzi Polacy – studenci i doktoranci wywodzący się z grona dawnych zwycięzców krajowych i międzynarodowych olimpiad. Pieczę nad konkursem sprawuje u nas szereg szacownych instytucji, udaje się też wyszukać hojnych sponsorów.

Zasady są dosyć proste. Poszczególne szkoły delegują na konkurs 5-osobowe drużyny. Zawody rozgrywane są w dwóch kategoriach wiekowych: „Juniorzy” to uczniowie naszego gimnazjum i I klasy szkoły średniej, a „Seniorzy”, to ci ze starszych klas LO. Istotą zmagań jest współzawodnictwo w rozwiązywaniu na szybkość niebanalnych zadań, których trudność stopniowo rośnie. Zadania są tak skonstruowane, by odpowiedź była numeryczna, dzięki czemu można błyskawicznie ocenić, czy rozwiązanie jest poprawne. Rozgrywka toczy się w wielkiej hali. Drużyny pracują jedna obok drugiej, w hałasie i rozgardiaszu. Z gotowym rozwiązaniem należy podbiec do jurorów, aby uzyskać akceptację wyniku i kartkę z kolejnym zadaniem. Najlepsze drużyny w ciągu 120 minut trwania konkursu rozwiązują około 40 zadań.

W każdym z miast tworzony jest osobny ranking i na jego podstawie rozdzielane są puchary i dyplomy. Ale jednocześnie uczniowie widzą swoje wyniki w rankingu krajowym i międzynarodowym. To znakomicie podnosi temperaturę zawodów. Tabele wyników na bieżąco śledzą w internecie sympatycy: koledzy, nauczyciele, rodzice. Niezapomnianym przeżyciem jest jednak uczestnictwo w rozgrywce z widowni hali, bo emocje przenoszą się z zawodników na publiczność.

Fenomen popularności

W tym roku 23 marca w pięciu polskich miastach spotkało się 275 polskich zespołów, czyli blisko 1400 uczniów. Wszystkich uczestników – w siedmiu europejskich krajach i 15 miastach – było około 5000. Gdyby nie limity naszych uczniów mogło być nawet dwa razy tyle. O miejsca na listach startowych nie było łatwo. 19 lutego, gdy tuż po północy rozpoczęła się rejestracja, do czerwoności rozgrzały się internetowe łącza i w ciągu pierwszych 15 minut zdołały się zapisać aż 53 drużyny. Kilka dni później zabrakło miejsc w Warszawie i Krakowie. W dniu zawodów polscy nauczyciele wraz z uczniami pokonywali często setki kilometrów. Drużyny ze Szczecina jechały do Wrocławia, Lubliniacy ściągnęli do Warszawy i Białegostoku, w Krakowie spotkały się ekipy z całego Podkarpacia. Warszawiacy, dla których nie starczyło miejsc w stolicy, szukali ich w Białymstoku. Prawdziwa wędrówka narodów, często noc w pociągu, lub autobusie, tylko po to, by nie stracić szansy na udział we wspaniałej zabawie. Popularność tego konkursu w Polsce pokazuje, jak bardzo takie próby sił są potrzebne naszym uczniom i ich nauczycielom. Jak bardzo potrzebna jest weryfikacja nabytych umiejętności, możliwość konkurowania z innymi.

Ten fenomen popularności – nie znany w innych krajach – idzie w parze z sukcesami. Polskie szkoły w tym roku podzieliły między siebie większość wyżej punktowanych miejsc, zostawiając tylko nieco pola w czołówkach rankingu znakomitym uczniom z Węgier. Wśród 25 najlepszych drużyn „Seniorskich” występujących w konkursie, aż 16 jest z Polski. W „Juniorach” na 25 najlepszych zespołów – 17 pochodzi z Polski.

Aula Politechniki Białostockiej w trakcie zawodów 23 maca 2018
Aula Politechniki Białostockiej w trakcie zawodów 23 maca 2018.
W Białymstoku zmagania konkursu Náboj zorganizowano w tym roku po raz pierwszy.
Zdjęcie organizatora.

Podane liczby ilustrują zjawisko, nad którym warto się pochylić. I aż dziw, że nikt kompetentny, związany z polską szkołą, tego nie robi. Bo Náboj, choć ma charakter dobrej zabawy z nauką w tle, pozwala na diagnozę aktualnego stanu edukacji matematycznej w Polsce. Jest dużo lepszym papierkiem lakmusowym, niż poważniejsze i trudniejsze olimpiady dla gimnazjalistów i licealistów. Bo przecież obejmuje znacznie szerszą grupę uczniów, w których ukształtowaniu spory udział mają szkoły. Wybitni matematycy-indywidualiści będą nawet wtedy, gdy ekipa Anny Zalewskiej do końca zepsuje system edukacji. Ale już grupy rozumiejących się bez słów uczniów, dla których rozwiązywanie trudnych zadań jest największa pasją, nie rodzą się na pustyni. Ci uczniowie potrzebują dobrej gleby by wzrosnąć – dobrych klas matematycznych, znakomitych nauczycieli, właściwej atmosfery. Współpraca nastolatków w ramach jednej drużyny to często umiejętność, której utalentowanym ścisłowcom brakuje. Trzeba ją dopiero wyćwiczyć i to jest zadanie, z którego w ostatnich latach coraz lepiej wywiązywały się coraz liczniejsze polskie szkoły.

Lekcja matematyki: sześć lat to nie to samo co cztery...

Najlepsze drużyny startujące w konkursie mają zazwyczaj w swoim składzie uczniów z jednej klasy lub jednego regularnie pracującego koła matematycznego, złożone są więc z nastolatków znających się jak przysłowiowe łyse konie. Przewagę nad innymi mają szkoły, którym dane było w ostatnich latach pracować z uczniami dostatecznie długo – często przez całe 6 lat.

Prawdziwym czempionem Náboja jest III LO im. Marynarki Wojennej z Gdyni, działające wciąż jeszcze w zespole z 24 gimnazjum. Od roku 2015 nieprzerwanie w czołówce konkursu – cały czas z pierwszym miejscem na świecie raz w jednej, raz w drugiej kategorii. Te sukcesy to nie przypadek. W Gdyni bardzo wielu uczniów spędzało w jednych murach sześć lat – od ukończenia VI klasy do matury. Szkoła znana jest z wysokiego poziomu edukacji matematycznej. Ale to nie wszystko. Drugi element stanowi prowadzona tam intensywna edukacja informatyczna, w której także stawia się na pracę zespołową, szczególnie podczas przygotowań do drużynowych zawodów programistycznych. Pedagodzy z Gdyni pracują z wychowankami nie tylko w salach lekcyjnych, ale także podczas dziesiątków organizowanych dla uczniów warsztatów wyjazdowych – matematycznych i programistycznych. Takie wyjazdy to świetna okazja, by lepiej się poznać i nauczyć współpracy. To wszystko przynosi owoce.

Oczywiście III LO w Gdyni od września 2019 nie przestaje pracować z uzdolnioną młodzieżą. Ale nie będzie już miało szansy na sprawowanie opieki nad dwoma najmłodszymi rocznikami. Mimo usilnych starań nie uzyskało zgody MEN na poprowadzenie u siebie „eksperymentalnych” klas VII i VIII. A sześć lat to nie jest to samo co cztery lata – wiedzą to wszyscy, oprócz kreatywnych matematyków Anny Zalewskiej.

Problem odroczenia przyśpieszonej edukacji i pozostawienia swojemu losowi dzieci z klas VII i VIII dotyczy nie tylko Gdyni. W identycznej sytuacji jest kilkadziesiąt podobnych szkół, jak choćby Gimnazjum i Liceum Akademickie w Toruniu, XIV LO Staszica i VIII LO Władysława IV w Warszawie, XIV LO Polonii Belgijskiej we Wrocławiu i wiele innych. Te szkoły wdrażały autorskie programy w swoich gimnazjach. Żadne z tych gimnazjów nie przetrwa reformy. Przed poważnym problemem staną zresztą także renomowane szkoły nie połączone w zespoły z gimnazjami, jak choćby znane z sukcesów w Náboju V LO Witkowskiego z Krakowa, czy II LO Marii Skłodowskiej-Curie z miejscowości Końskie. One bowiem bazowały w ostatnich latach na narybku kończącym samodzielne gimnazja z profilowanymi klasami, organizując dla tych uczniów w trakcie ich pobytu w gimnazjum koła matematyczne, wspólne z licealistami.

Dziś jeszcze cieszymy się z sukcesów polskich uczniów. Musimy jednak pamiętać, że sukcesy nie są dane raz na zawsze. Chwieje się przecież w posadach system budowany przez kilkanaście lat oddolnym wysiłkiem wielu ludzi: dyrektorów, nauczycieli, rodziców i uczniów. System, dzięki któremu zaszliśmy tak daleko. Już wiemy, że młodszym kolegom tegorocznych uczestników Náboja będzie o wiele trudniej błyszczeć w międzynarodowych zestawieniach.

Światełko w tunelu

Aby nie spaść z tego wysokiego konia, na którym wciąż jeszcze siedzimy, trzeba podjąć starania by to, czego polskich uczniów pozbawia właśnie reforma Anny Zalewskiej, jakoś zrekompensować. Celowana edukacja musi być znowu dostępna dla 12-latków z mniej zamożnych rodzin, których nie stać na opłacenie nauki po VI klasie w szkole niepublicznej. Trzeba stopniowo odtworzyć w szkołach masowych klasy oferujące rozszerzone programy, gromadzące uczniów o zbliżonych predyspozycjach i większym zapale do nauki. Trzeba zadbać o dobre kółka i dostępne cenowo wyjazdy warsztatowe.

Oczywiście niezbędni są nauczyciele – z wiedzą i umiejętnościami, z entuzjazmem. Gotowi poświęcać wychowankom wiele własnego czasu. Tacy właśnie pasjonaci zawodu w ostatnich latach przywozili swoich uczniów na rozgrywki Náboja, często spędzając dwie noce w pociągu. Reforma Anny Zalewskiej powinna postawić tych ludzi na piedestale, ale zamiast tego wypycha ich ze szkół, które często zbudowali własnymi rękami. Nie usłyszeli dotąd żadnego z magicznych słów – ani dziękuję, ani przepraszam.

I na koniec jedna pocieszająca wiadomość. Tydzień temu w Náboju wystartowała młodziutka drużyna – złożona z czterech VII-klasistek i jednego VII-klasisty. To uczniowie powołanej do życia we wrześniu 2017 klasy matematycznej w Szkole Podstawowej nr 221 przy ulicy Ogrodowej w Warszawie. Ta drużyna rozwiązała 28 zadań i zajęła na krajowej liście 58 miejsce. To świetna pozycja, biorąc pod uwagę, że pozostali uczestnicy byli o dobre 2-3 lata starsi. Klasa z Ogrodowej to fenomen. Powstawała w niesprzyjających okolicznościach, bo rodzice nie byli przekonani do oddania dzieci w nieznane ręce – warszawska SP nr 221 nie miała żadnych tradycji pracy z uzdolnionymi uczniami. Wiele dobrze rokujących dzieci wykruszyło się w trakcie rekrutacji. Powstała jedna klasa, zamiast zaplanowanych dwóch. Ale znaleźli się pełni zapału nauczyciele, którzy w pół roku na Ogrodowej dokonali cudu. Ten cud było widać w piątek podczas Náboja, ale także w trakcie tegorocznego  konkursu kuratoryjnego z matematyki dla szkół podstawowych, gdzie klasa z Ogrodowej zdystansowała wszystkie mazowieckie szkoły.

To nie jest tak, jak się niektórym wydaje, że wystarczy zgromadzić zdolniejsze dzieciaki i można pić kawę czekając na sukcesy. Uczniów trzeba zarazić własnym entuzjazmem, zmotywować do pracy, umiejętnie nimi pokierować, poświęcić im mnóstwo czasu. Wszystko wskazuje, że na Ogrodowej takie warunki zostały spełnione. Czas zatem zakasać rękawy i powalczyć o to, by podobne warunki do wzrastania otrzymały polskie dzieci z innych szkół. Żeby wbrew złej passie polskiej edukacji Náboj mógł pozostać polskim Nábojem.

Janina Krakowowa