Przeszklona szafa z pucharami w jednym z gimnazjów w Warszawie.
Przeszklona szafa z pucharami w jednym z gimnazjów w Warszawie – setki trofeów,
które uczniowie wywalczyli dla swojej szkoły na przestrzeni kilkunastu lat.
Kiedyś przedmiot dumy społeczności szkolnej, dziś jej zawartość stanowi kłopotliwy balast.

MY, RODZICE, TEŻ MAMY DOSYĆ

Wiosna i budząca się do życia przyroda sprzyjają pozytywnemu myśleniu o przyszłości. Radosny nastrój nie udzielił się jednak nauczycielom, którzy w najbliższą sobotę, 21 kwietnia, będą w Warszawie demonstrowali swoje niezadowolenie. Anna Zalewska zrobi wszystko, by ich protest pomniejszyć i sprowadzić do żądań płacowych. Według oficjalnego przekazu „reforma” edukacji, sztandarowy projekt obecnego rządu, przebiega bezproblemowo.

My, rodzice, widzimy to inaczej. Pamiętamy obietnice sprzed roku i potrafimy je porównać ze stanem faktycznym. Wiemy jak wygląda zwykły dzień w szkołach naszych dzieci. I podobnie jak nauczyciele czujemy złość, mimo wszechobecnej wiosny.

O przepełnionych szkołach podstawowych i realizowanych przez siódmoklasistów monstrualnych podstawach programowych napisano już wiele gorzkich słów. Ale uczniowie publicznych podstawówek nie są jedynymi, o których należy pamiętać.

„Gazeta Wyborcza” zaczęła nowy tydzień od wielkiego tytułu „Gimnazja – bolesne wygaszanie”. Pod lupę dwóch dziennikarek trafiły szkoły, które w przyszłym roku zakończą swój żywot. W całej Polsce jest ich 1800. Sytuacja uczniów wygasających gimnazjów jest rzeczywiście bardzo trudna. Ich nauczyciele już odeszli lub są w trakcie szukania nowej pracy. Od września ostatni rocznik będzie uczony przez desperatów, którzy pozostaną na tonącym okręcie.

Kłopoty kadrowe to także problem w innych placówkach. Nauczyciele migrują w poszukiwaniu lepszych warunków i pełnego zatrudnienia. Normą stała się praca w kilku miejscach. Praca z uczniami, przygotowywanie się do zajęć, rozwiązywanie problemów wychowawczych – to wszystko zeszło na odległy plan. Nauczyciele, którzy jeszcze rok temu byli skupieni na pracy dydaktycznej i bardzo dbali o prestiż własnej szkoły, dziś szukają sobie nowych miejsc lub alternatywnego zajęcia. Próbują zapewnić byt swoim rodzinom. Ostatni gimnazjaliści czują, że stanowią kłopot. Ich przejście do szkoły średniej niewiele zmieni. Tam też będą postrzegani jako epigoni, realizujący program, który za chwilę przejdzie do historii.

Poniedziałkowy artykuł w „Gazecie Wyborczej” wywołał żywy odzew ze strony rodziców gimnazjalistów. Wśród wielu komentarzy znalazła się wypowiedź pani Małgorzaty: „Córka w 3 klasie gimnazjum od kilku tygodni nie ma matematyki. Nie ma zastępstw nawet, bo nie ma nauczycieli. Rozżalone dziecko mówi MAMO, JA NIE MAM CZASU ANI SIŁY NA KOLEJNE KOREPETYCJE.” I co tu odpowiedzieć? Przecież to jest jawna niesprawiedliwość. Ta dziewczynka jest przed samym egzaminem pozbawiona lekcji z ważnego przedmiotu. Nie przerobi całości materiału, nie powtórzy potrzebnych zagadnień. Jej szanse w wyścigu do wymarzonej szkoły średniej gwałtownie topnieją. Zostanie zdeklasowana przez rówieśników urodzonych pod szczęśliwszą gwiazdą, którzy, dajmy na to, uczęszczają do szkoły niepublicznej, gdzie nauka toczy się normalnym trybem...

Trzeba mieć wyjątkowo grubą skórę, żeby nie dostrzegać, że dzieci z kilku roczników czują się niepotrzebne i opuszczone. Jak długo można udawać, że rozciągnięte w czasie nieobecności nauczycieli, brak zastępstw, wakaty, rotacje wychowawców, to godne akceptacji zjawiska? Jak można im nie przeciwdziałać? Nasze dzieci to przecież żywe istoty, które widzą i czują. Anna Zalewska nie zwróci im lat ułomnej edukacji. Czy my, rodzice, mamy udawać, że przyznany nam właśnie 300-złotowy zasiłek wypłacany w końcu sierpnia stanowi ekwiwalent, który wynagrodzi nam kolejny rok chaosu w szkołach? Czy nie powinniśmy wesprzeć nauczycieli w ich sobotnim proteście?

Janina Krakowowa