PODPISZMY PETYCJĘ, NIE DAJMY SIĘ ZWIEŚĆ ANNIE ZALEWSKIEJ!

My, rodzice i dziadkowie dzieci z roczników 2002–2005 mamy siłę i potencjał. Nasze dzieci stanowią rzeszę liczącą 1,5 miliona młodych obywateli i – patetycznie mówiąc – stanowią nadzieję tego kraju na przyszłość. Nas – ich bliskich – jest kilkakrotnie więcej. Od roku patrzymy bezradnie jak minister edukacji Anna Zalewska niszczy polskie szkoły. Fala jej destrukcyjnych działań objęła na razie szkoły podstawowe i wygasające gimnazja, ale za chwilę „dobra zmiana” wkroczy – razem z naszymi dziećmi – do szkół średnich.

„Wszystko jest pod kontrolą, wszystko jest policzone” – słyszymy od półtora roku od Minister Edukacji. Tymczasem w szkołach nikt nie policzył godzin w tygodniowym planie, zagadnień do przerobienia podczas jednej lekcji, sal lekcyjnych, pojemności świetlic, szatni, stołówek. Nikt nie obejrzał uważnie nowych podstaw programowych. W wielu placówkach brakuje nauczycieli-specjalistów, brakuje psychologów szkolnych, rodzice bezskutecznie szukają korepetytorów, bo coraz większa grupa dzieci wymaga dodatkowego wsparcia. W fatalnej sytuacji są uczniowie z dwóch ostatnich roczników gimnazjalnych. To ich przede wszystkim dotykają skutki roszad nauczycieli i zmian wychowawców. To oni czują się niepotrzebni, zbędni – nikt się nimi nie przejmuje, nikt nie dba o ich przygotowanie do końcowego egzaminu. Ucząca ich kadra zajęta jest ewakuacją z tonącego okrętu.

Część z nas, rodziców, przewidywała rozwój wypadków – protestowaliśmy przez ostatni dwa lata, ale nasze głosy były umiejętnie zagłuszane i marginalizowane. Zignorowano ponad 900 000 naszych podpisów wzywających do wstrzymania walca „reformy”. Spora grupa rodziców dała się zwieść elokwentnej Minister Edukacji, zawierzyła przekazom rządowej telewizji. Wielu ludziom wmówiono, że wszystko jest przesądzone, a społeczne poparcie dla gwałtownie wdrażanych zmian jest ogromne. Jeszcze inni mają na sumieniu grzech zaniechania, bo liczyli, że ich dzieci bez szwanku przetrwają w enklawach szkół niepublicznych, lub dadzą sobie radę, korzystając ze wsparcia prywatnych nauczycieli.

Od 9 miesięcy widzimy, jak w praktyce wygląda nauka w przepełnionych i targanych zmianami kadrowymi szkołach. Ze świecą szukać spraw, które na mocy nowych regulacji uregulowano i uporządkowano. Na większości odcinków mamy istotne pogorszenie i regres. Dziś każdy, kto trzeźwo patrzy na chaos w podstawówkach i wygasających gimnazjach, ma święte prawo niepokoić się zmianami, które już za chwilę obejmą szkoły średnie.

Zmian na gorsze – to znaczy obniżenia szans w rekrutacji – musimy się spodziewać już dziś. Wiele renomowanych szkół ogranicza tegoroczny nabór, by zrobić miejsce podwójnemu rocznikowi. Uczniowie z rocznika 2002 za dwa miesiące będą przeżywali koszmar czekając na wywieszenie list przyjętych. Tysiące młodych ludzi z bólem serca odejdą spod bram szkół, które jeszcze rok czy dwa lata temu leżały w zasięgu ich możliwości. Rozpoczną się pielgrzymki po gabinetach dyrektorów, pisanie odwołań. Te dramaty zburzą spokój w wielu polskich domach. Dla wchodzącego w życie młodego człowieka, który ciężko pracował na swoje wyniki taka niezawiniona porażka może być poważną traumą. We wrześniu absolwenci gimnazjów licznie zasilą szkoły, które dotąd świeciły pustkami. Dla wielu solidnych uczniów zabraknie miejsc w liceach ze średniej i wyższej półki.

Za rok – bo już tylko rok dzieli nas od rekrutacji 2019/20 – sytuacja będzie zdecydowanie gorsza. Pula miejsc do podziału w sprawdzonych i dobrze funkcjonujących szkołach w przeliczeniu na jeden rocznik skurczy się jeszcze bardziej. Można się spodziewać wielu rozwiązań ratunkowych, godzących przy okazji także w jakość nauki uczniów z innych roczników uczęszczających do liceów – powiększania klas, łączenia profili, zajęć w „awaryjnych” pomieszczeniach – wydzielonych częściach korytarza, bibliotekach, składzikach, karkołomnych planów lekcji, rozciągniętych na późne popołudnia i wczesne godziny ranne. Można oczekiwać wyrugowania ze szkół kół zainteresowań, zajęć wyrównawczych, sportowych, czy artystycznych, bo zabraknie wolnych sal i ludzi do pracy. W przepełnionych szkołach nikt nie już będzie miał czasu, ani sił, by pochylić się nad uczniem o specjalnych potrzebach – uczniem zdolnym, lub uczniem z trudnościami w nauce.

Najsłabszym ogniwem w rozdętych niczym balony liceach i technikach będą nauczyciele. Ponad miarę przeciążeni pracą, realizujący dwie podstawy programowe, starą i zupełnie nową, prowadzący dwa typy sprawozdawczości, szykujący uczniów do dwóch różnych matur. A na dodatek przygnieceni dodatkowymi godzinami, bo ujawnią się dotkliwe braki kadrowe. Nauczycieli licealnych takich specjalności jak matematyka, informatyka, nauki przyrodnicze, języki obce brakuje już dziś. W roku 2019 kryzys kadr pozbawi spokojnego snu wszystkich dyrektorów – jak Polska długa i szeroka. Każdy rodzić będzie żądał, żeby jego dziecko uczyli sprawdzeni nauczyciele licealni, którzy od lat przygotowują do matury, a nie przesiedleńcy z gimnazjum. To będzie nowe pole do konfliktów i awantur.

23 kwietnia, podczas autopromocyjnej wizyty na Podkarpaciu, Anna Zalewska udzieliła wywiadu radiowego, gdzie między innymi odniosła się do problemów związanych z rekrutacją 2019. Ponownie, jak wielokrotnie wcześniej, zaprzeczyła oczywistym faktom. Znanym nam dobrze mentorskim tonem zapewniła radiosłuchaczy: „Rzeczywiście, policzyliśmy – mamy System Informacji Oświatowej – w polskim systemie mamy jeszcze 50 tys. wolnych miejsc”.

Tak, miejsca przewidziane przez Annę Zalewską dla naszych dzieci, to jest to czego my rodzice powinniśmy obawiać się najmocniej. Powiedzmy sobie jasno – to są miejsca-widma, w szkołach, które od lat nie mogły uruchomić planowanej liczby klas, które funkcjonowały na ćwierć gwizdka tylko dzięki temu, że zbierały w ciągu całego roku szkolnego „spady”, czyli uczniów którzy zostali usunięci z innych placówek. To są nie tylko szkoły zawodowe o nietrafionych profilach i złej renomie, ale także dramatycznie słabe licea. Owszem, w tych szkołach jest wiele rezerwowych sal, są puste stołówki, szatnie, sale gimnastyczne. Ale to są czysto wirtualne miejsca do zagospodarowania, bo od lat w tych szkołach nie ma zespołów nauczycieli. Pozostały tam niedobitki kadry – ludzie przed samą emeryturą, którzy w tym niesprzyjającym środowisku próbują dotrwać do końca zawodowej kariery, oraz garstka altruistów, którzy realizują się w pracy z trudną młodzieżą. Owszem, w tych szkołach fizycznie można upchnąć dziesiątki tysięcy uczniów – tak jak ma zaplanowane Anna Zalewska. To będą inni uczniowie niż dotąd – często ambitni, chętni do nauki, z dużym potencjałem. Tylko kto ich będzie tam uczył? Dla wszystkich nauczycieli ważnych specjalności o dobrych kwalifikacjach i wyższych aspiracjach będą propozycje pracy w renomowanych licach, lub liceach ze średniej półki. Na nauczycieli licealnych z doświadczeniem w przygotowywaniu do matury już dziś polują szkoły niepubliczne, kusząc lepszymi zarobkami. Kto zapełni puste pokoje nauczycielskie w reanimowanych placówkach? Ludzie z zupełnego przypadku, bez żadnego doświadczenia w przygotowywaniu do matury? Nauczyciele z innych placówek, którzy będą wpadali na cztery godziny w tygodniu, by dorobić do etatu? Scenariusz, którym chełpi się Anna Zalewska, przewiduje przepchniecie młodzieży do nieistniejących szkół, jest w istocie scenariuszem zbrodniczym. Te starannie policzone przez MEN miejsca w szkołach średnich nie są warte nawet przysłowiowego funta kłaków.

Wszystkie te problemy to ledwie wierzchołek góry lodowej. O części zagrożeń jeszcze nawet nie wiemy. Dlatego, jako kilkumilionowa rzesza rodziców poszkodowanych roczników powinniśmy zawczasu upominać się o prawo naszych dzieci do nauki zgodnie ze standardami, które obowiązywały jeszcze rok, czy dwa lata temu. Powinnyśmy zrobić wszystko, by zminimalizować szkody, które wyrządzili edukacji bezwzględni i pozbawienie skrupułów politycy. Podpisanie petycji w sprawie ujawnienia liczby planowanych klas i ich profili jest jednym z takich kroków, warto też myśleć o następnych działaniach.

Janina Krakowowa