Nagrody „Sapere auso” z roku 2016 i 2017
Nagrody „Sapere auso” z roku 2016 i 2017. Ich właściciel, uczeń stołecznych szkół, w ostatnim roku szkolnym odniósł największe w dotychczasowej karierze sukcesy i będzie nawet reprezentował Polskę podczas międzynarodowego konkursu. Laureatem „Sapere auso” nie zostanie jednak po raz trzeci, bo jego rodzinny dom stoi 200 m od granicy Warszawy. Jest dzięki temu mieszkańcem wioski, ale na stypendium Urzędu Marszałkowskiego też nie zasłużył, bo od średniej 5,20 dzielą go lata świetlne.

STYPENDIALNA KRAINA NONSENSÓW

Czasy się zmieniają, gdy kilkanaście lat temu moje starsze dzieci chodziły do szkoły wsparcie stypendialne dla nastoletnich uczniów to był egzotyczny temat. Dziś jest inaczej – przełom czerwca i lipca to w wielu domach czas kserowania dyplomów i wypełniania wniosków. Systemy stypendialne pełnią coraz istotniejsza rolę – motywują uczniów do wysiłku, wspomagają gorzej sytuowanych.

Nie znaczy to jednak, że środków stypendialnych jest w nadmiarze. Trzeba dbać, by ich rozdział był możliwie sprawiedliwy i by regulaminy nikogo nie pomijały. Niestety, patrząc na zmiany w kryteriach naboru, których dokonali w tym roku urzędnicy odpowiedzialni za funkcjonowanie dwóch najważniejszych projektów stypendialnych adresowanych do uczniów z uzdolnieniami z terenu Mazowsza, trzeba zapytać, czy aby sprawy idą w dobrym kierunku.

Sapere auso

Nabór wniosków Stypendium Miasta Stołecznego Warszawy „Sapere auso” ruszył w dniu rozdania świadectw – 22 czerwca. Stypendium nawiązuje w nazwie do medalu ustanowionego niegdyś przez króla Stanisława Augusta „dla tych, którzy odważyli się być mądrymi”. Na nagrodę składa się efektowna plakietka w pluszowym etui z wygrawerowanym nazwiskiem ucznia, dyplom z podpisem Prezydenta Warszawy i pokaźna kwota, która wpływa na konto wyróżnionego. Aktualnie to jest 3800 zł.

Stypendium przez ostatnie lata wędrowało do rąk uczniów stołecznych szkół, którzy odnosili znaczące sukcesy w konkursach i olimpiadach, pracy naukowej, albo wyjątkowo mocno wyróżnili się w działalności społecznej. Był to znak, że Warszawa patrzy na nich z aprobatą i cieszy się z ich sukcesów, że ich wspiera. W tym roku zmienił się zapis regulaminu i krąg nagrodzonych będzie ograniczony do mieszkańców Warszawy w ścisłych granicach miasta.

Komuś może się wydawać, że to kosmetyczna zmiana bez większego znaczenia. Tak jednak nie jest. Na dotychczasowych listach stypendialnych „obcy” – mieszkańcy ościennych podwarszawskich gmin, a także przybysze z bardziej oddalonych od stolicy miejscowości – stanowili całkiem pokaźną grupę. W szkołach szczycących się dużą liczbą stypendystów – w Staszicu, Batorym, Władysławie IV, Koperniku – nowy przepis zredukuje listy nagrodzonych może nawet o połowę, bo taki jest udział „przyjezdnych” w naukowych sukcesach tych placówek.

Oczywiście miasto może dowolnie dysponować środkami, które przeznacza na nagrody. Zapewne są tacy warszawiacy, którzy uczniów zamieszkałych na stałe poza stolicą najchętniej by pozbawili nie tylko nagród, ale nawet prawa do nauki w stołecznych szkołach. Dla mnie jednak w tym rozróżnieniu na „swoich” i „obcych” jest coś nieetycznego. Warszawscy uczniowie mieszkający na stałe poza miastem mają trudniejszą drogę do pokonania. Ich sukcesy są okupione poważniejszym wysiłkiem. Ci z satelickich miejscowości każdego dnia spędzają 2-3 godziny w przepełnionych środkach komunikacji. Przybywający z dalszych stron opuszczają domy i muszą radzić sobie bez wsparcia bliskich w obcym środowisku – w bursie czy na stancji.

„Swój” czy też „obcy”

Co gorsza Warszawa wobec swoich olimpijczyków, laureatów międzynarodowych konkursów, młodocianych naukowców stosuje teraz podwójne standardy. Bo z jednej strony wpisuje ich sukcesy na swoje konto. Każda ze stołecznych szkół zlicza punkty za konkursowe laury, by uzyskać najlepszą pozycję w rankingu „Perspektyw”. Potem miasto chełpi się liczbą „złotych” szkół w poszczególnych dzielnicach. Przy sumowaniu sukcesów nie ma sztucznego podziału na „swoich” i „obcych” – laureat olimpiady nie jest pytany o to, czy mieszka na Ursynowie, czy może „za granicą” – w Markach, Otwocku, lub w Izabelinie. Każdy olimpijczyk jest „swój”, bo mile widziany jest jego sukces.

Do sztucznego podziału na tych z właściwym meldunkiem i tych pozostałych dochodzi dopiero teraz, podczas składania wniosków stypendialnych. Miejska nagroda w myśl regulaminu należy się Olkowi mieszkającemu na Bielanach, ale jest już poza zasięgiem Adama, którego rodzinny dom stoi kilometr dalej, w Mościskach. Nic nie szkodzi, że obaj tyle samo wysiłku włożyli w przygotowania do licealnej olimpiady, nic nie szkodzi, że obaj osiągnęli identyczny sukces, okupiony ciężką pracą. Warszawa w tym roku wpisze sobie oba tytuły laureata do swoich statystyk, ale nagrodą wyróżni tylko mieszkańca Bielan...

Stypendium Miasta Stołecznego Warszawy to dla przeciętnego ucznia duże wsparcie – równowartość ważnych dla jego rozwoju dwóch czy trzech wyjazdów na warsztaty szkoleniowe w kraju lub jednego wyjazdu zagranicznego. W budżecie stolicy te pieniądze nie znaczą wiele. Biuro Edukacji, które jest operatorem miejskiego stypendium podaje, że w latach 2008-17 nagrodzono 1985 uczniów, czyli przeciętnie 200 osób rocznie. Teraz 70-80 z nich nie spełni kryterium „pochodzenia”. Czy Warszawa na tym zyska? Szczerze wątpię.

Miasto powinno patrzeć perspektywicznie i w dalszym ciągu zjednywać sobie najzdolniejszych uczniów, który wybrali naukę w warszawskiej szkole. Wyróżnienie ich stypendium to był dotąd pozytywny sygnał, że Warszawa ich ceni i namawia do przyszłego studiowania na tutejszych uczelniach. Teraz tego sygnału zabraknie. A chodzi o uczniów, w których warto zainwestować. Dziś ciągną oni w rankingach swoje licea, a za dwa lata będą pracować na renomę Uniwersytetu Warszawskiego, czy Politechniki Warszawskiej. Będą, o ile nie wybiorą studiów w innym mieście, czy nawet kraju...

Najlepsza inwestycja w człowieka

Co powinien zrobić olimpijczyk-prowincjusz pozbawiony w tym roku szansy na warszawską nagrodę? Powinien się rozejrzeć, czy nie ma stypendium, w którym wiejskie pochodzenie nie jest felerem, ale punktowanym atutem. Jest takie stypendium, opiewające zresztą na podobną kwotę. Jakby specjalnie pomyślane dla młodego olimpijczyka spoza miasta. To obsługiwany przez Urząd Marszałkowski „Mazowiecki program stypendialny dla uczniów szczególnie uzdolnionych – najlepsza inwestycja w człowieka”. Program ten funkcjonuje od trzech lat i oferuje wsparcie dla 450-650 uczniów rocznie z terenu całego województwa. Większa część pieniędzy pochodzi z Europejskiego Funduszu Społecznego i zgodnie z unijnymi wymogami mazowiecki operator musi 70% stypendiów przekazać w ręce uczniów z małych ośrodków. Na pierwszy rzut oka jest to więc idealna propozycja dla olimpijczyków bez warszawskiego meldunku mieszkających na Mazowszu.

Złudzenia szybko rozwieje jednak lektura regulaminu, który w przypadku tego stypendium opracowano jakby rozmyślnie, by wbrew wstępnym założeniom projektu, zamknąć dostęp uczniom z kierunkowymi uzdolnieniami. Powiedzmy od razu, że nie są to rozwiązania wymuszone przez przepisy unijne, ale kuriozalna inicjatywa pracowników Urzędu Marszałkowskiego, którym przyświeca niezbyt wzniosły cel, by maksymalnie uprościć sobie pracę i ograniczyć do minimum liczbę wniosków do rozpatrzenia...

Dzięki regulaminowi nasz już raz pokrzywdzony olimpijczyk dostanie prztyczka w nos po raz drugi. Na nic jego preferencyjne punkty za wiejskie czy małomiasteczkowe pochodzenie i punkty za sukcesy w olimpiadach. Nikt tych jego atutów nawet nie podliczy, on przepadnie w trakcie wstępnej selekcji. Bo choć w preambule mazowieckiego stypendium jest mowa o wspieraniu talentów i promowaniu uczniów, którzy chcą się rozwijać się w wyliczonych dziedzinach (nauki ścisłe lub przyrodnicze, języki), to okazuje się, że urzędnicy szukają wyłącznie prymusów, którzy na świadectwie mają same piątki i szóstki. Twardym wymogiem, któremu trzeba sprostać, by zacząć starania o to stypendium jest średnia ocen na świadectwie nie niższa niż...5,20.

Kult średniej

Uwidoczniona w regulaminie średnia 5,20 – warunek konieczny, by składać aplikację – eliminuje w przedbiegach licealnych olimpijczyków i młodocianych naukowców pracujących nad własnymi projektami, a także licealistów realizujących indywidualny tok nauki. Bo to są uczniowie, którzy bardzo rzadko uczestniczą w końcoworocznej batalii o szóstki z WOS-u, religii i wychowania fizycznego. Olimpijczycy są najczęściej skupieni na zgłębianiu swojej dziedziny, wiele tygodni podczas roku szkolnego spędzają na wyjazdach – warsztatach i treningowych zgrupowaniach. Często zgrupowania dla olimpijczyków mają miejsce w czerwcu – w okresie, gdy w szkołach trwa festiwal poprawiania ocen. Wymóg posiadania perfekcyjnej średniej powoduje, że dla większości olimpijczyków droga na mazowiecką listę „szczególnie uzdolnionych” jest zamknięta...

O tym, że wysoka średnia nie jest dostatecznie dobrym probierzem zdolności wiadomo od dawna, ale wiedza ta najwyraźniej nie dotarła do pracowników Urzędu Marszałkowskiego. Stawianie takiego kryterium ponad wszystkimi innymi jest czystym wygodnictwem z ich strony.

Urzędnikom warto może uświadamiać, że średnia nie tylko eliminuje najzdolniejszych, ale ma także złudną wartość w stosunku do wszystkich pozostałych. Piątki i szóstki w różnych szkołach mają zupełnie różną cenę. Są szkoły, w których dla wyróżniającego się ucznia przewidziana jest czwórka, piątka zdarza się wyjątkowo, a szóstka – niemal nigdy. W takiej szkole średnia 5,20 jest nieosiągalna nawet dla prymusa, który skupia się wyłącznie na poprawianiu ocen. I są szkoły, które szczodrze rozdzielają lepsze oceny. Ich uczniowie będą uprzywilejowani w wyścigu stypendialnym.

Jest jeszcze coś. Urząd Marszałkowski wrzuca wszystkich potencjalnych stypendystów do jednego worka stosując identyczne kryterium wobec uczniów na różnych etapach edukacji. Wykazanie się średnią 5,20 w szkole podstawowej czy w gimnazjum, leży jeszcze w zasięgu możliwości pilnego i dobrze zorganizowanego ucznia. Uczniowie szanujących się liceów – nawet ci pilniejsi – często nie są w stanie przekroczyć magicznej granicy. Szóstek w większości szkół średnich po prostu się nie stawia. Tak więc ten sposób naboru stypendystów dyskryminuje nie tylko młodych ludzi o sprecyzowanych zainteresowaniach, skoncentrowanych na rozwoju w wybranej przez siebie dziedzinie, olimpijczyków, młodocianych naukowców, ale także ogół uczniów szkół średnich, którzy na Mazowszu będą stanowili w tym roku margines marginesu na liście stypendystów.

Mazowieckie stypendium od samego początku operowało warunkiem wyjściowym w postaci minimalnej średniej. Ale jeszcze rok temu wymagania nie były aż tak wyśrubowane – średnia, która pozwalała na złożenie aplikacji wynosiła 4,75. W tym roku podniesiono poprzeczkę do 5,20. Czy autor tej poprawki ktoś w ogóle myślał? Gdzie tu sens?

Odbyłam dłuższą rozmowę telefoniczną w tej sprawie, podczas której miła pani urzędniczka współodpowiedzialna za spawy stypendium cierpliwie mi tłumaczyła, że Urząd Marszałkowski dostaje wiele wniosków, które wymagają weryfikacji, co w okresie wakacyjnym jest czasochłonne i kłopotliwe. Dlatego Mirosław Krusiewicz, dyrektor Departamentu Edukacji Publicznej i Sportu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego, zadecydował o zaostrzeniu kryteriów w nowej odsłonie regulaminu.

A tymczasem dla sprawiedliwszego rozdziału stypendiów wystarczyłoby poprzestać na punktowaniu poszczególnych osiągnięć. Średnia z ocen na koniec roku powinna się liczyć, nawet z wysoką wagą, skoro jest dla urzędników taką świętością. Ale jako jeden z kilku elementów. Laureat dwóch licealnych olimpiad i reprezentant Polski podczas olimpiady międzynarodowej powinien dzięki dodatkowym punktom móc konkurować o to stypendium ze zbieraczami szóstek z VII klasy szkoły podstawowej. Dziś jest takiej szansy pozbawiony.

Mazowsze niechlubnym wyjątkiem

Przyglądając się z dezaprobatą mazowieckiemu regulaminowi nie zdawałam sobie początkowo sprawy, że stanowi on na mapie kraju niechlubny wyjątek. W innych województwach takie same stypendia ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego mają regulaminy pisane z dużo lepszą znajomością realiów. Średnia ocen nie jest decydującym warunkiem. Organizatorzy sumują przyznane punkty tworząc listę rankingową, ewentualnie stawiają alternatywne warunki: uczeń musi wykazać się wysoką średnią LUB wysokim wynikiem z egzaminu LUB sukcesem w konkursie czy olimpiadzie. Tak jest w województwach Małopolskim, Świętokrzyskim, Lubelskim. Co ciekawe Województwo Małopolskie w ostatnim roku szkolnym przyznało dwa i pół raza więcej stypendiów niż Mazowsze. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców to wypada jeszcze mniej korzystnie dla uczniów z Mazowsza (na Mazowszu jedno stypendium przypada na 8424 mieszkańców, a w Małopolsce na 2155 mieszkańców). Sama kwota stypendium jest też wyższa – aż 600 zł miesięcznie otrzymuje małopolski stypendysta, uczeń liceum. Ze względu na sprawiedliwiej skonstruowany regulamin w Małopolsce uczniowie szkół średnich są najliczniejszą grupą stypendystów. Województwo Świętokrzyskie także przyznaje większość swoich stypendiów uczniom szkół średnich (w mijającym roku 62,5%). Na Mazowszu te proporcje układają się zgoła inaczej.

Wygląda więc na to, że w sercu Polski uzdolnieni uczniowie są traktowani zdecydowanie gorzej, niż w innych częściach kraju. Zmiany w regulaminach stypendialnych na Mazowszu zadekretowane w ostatnim roku pogorszyły sytuację. To są zmiany, które nie sprzyjają sprawiedliwszemu rozdziałowi funduszy. Trudno powiedzieć, czy ten niepokojący kurs to brak rozeznania ze strony urzędników, czy może jest to element jakiejś szerszej polityki. Moment jest szczególny – za rok czeka nas równoległa rekrutacja do szkół średnich dwóch roczników. Rekrutacyjna walka o miejsca będzie dotyczyła w pierwszej kolejności „złotych” szkół, do których spłynie zdecydowanie zbyt wiele podań. Może pojawić się pokusa, by te cenne miejsca mniej lub bardziej jawnie rezerwować dla rdzennych warszawiaków. Polityka stypendialna może być jakimś instrumentem nacisku – brak widoków na stypendium zniechęca przecież wybitnie zdolnych spoza miasta do udziału w warszawskiej rekrutacji.

Pamiętajmy, że wsparcie finansowe w postaci celowych stypendiów ma dla ambitnych uczniów z mniejszych ośrodków szczególne znaczenie. Życie w Warszawie to dla dla przyjezdnego nastolatka poważne wydatki, a nauka w szkole średniej będzie teraz trwała o rok dłużej niż dotychczas. Dlatego wspieranie uzdolnionych mieszkańców mniejszych ośrodków nabiera znacznie większego znaczenia, niż miało dotychczas. Twórcy regulaminów systemów stypendialnych powinni o tej grupie uczniów myśleć ze szczególną troską. Tymczasem nie myślą o nich wcale. Punktując ułomności stypendialnych regulaminów, mam cień nadziei, że przemówię do sumień urzędników i w przyszłym roku rozdział stypendiów na Mazowszu będzie choć trochę sprawiedliwszy.

Janina Krakowowa