nie_likwidujcie

WSPOMNIENIA PROWINCJONALNEJ GIMNAZJALISTKI

Nie lubiłam swojego gimnazjum. Nie lubiłam miejsca. Nie lubiłam innych uczniów i uczennic. Nie lubiłam nauczycieli, poza kilkoma wyjątkami. Nie podobała mi się szopka na otwarcie nowej sali gimnastycznej. Nie lubiłam chodzić na rekolekcje. Urządziłam bunt przeciwko praktykantowi – nauczycielowi wuefu i wciągnęłam w to resztę klasy. Nieustannie darłam koty z polonistką. Miałam świetne oceny, a mimo to mama ciągle była wzywana do dyrektora, bo to zachowanie… Może taki wiek. Może taka ja. Może taka szkoła.

Ale czy w podstawówce było lepiej? Małe, wiejskie szkoły mają to do siebie, że łączą zalety i wady wsi, a wszystko to widać jak na szkiełku laboratoryjnym pod mikroskopem.

W moim roczniku prawie wszyscy rówieśnicy z mojej wioski poszli na studia, normalnie, zaraz po gimnazjum i liceum. Wśród starszych, z epoki „przed gimnazjami”, tak nie było. Czasem ktoś robił studia zaocznie, gdy już zaczął pracować i okazywało się to potrzebne. Z małej, wiejskiej szkoły trudno było wyrwać się do lepszego liceum, które dawało szanse na studia. Bo w małej, wiejskiej szkole wszystko jest małe – sale, klasy i aspiracje też.

Do końca szóstej klasy nigdy nie słyszeliśmy, że istnieje Sejm Dzieci i Młodzieży, że możemy poznawać dzieci z innych szkół i z nimi współpracować, nawet w projektach międzynarodowych. Nie słyszeliśmy, bo nasi nauczyciele nie słyszeli. Nie słyszeliśmy, bo prowincjonalnych podstawówek nie było po co informować. I tak nikt nie będzie miał odwagi, by mierzyć się z miastami.

Do końca szóstej klasy nikt nam nie mówił, że możemy więcej. Wydarzeniem był wyjazd na konkurs do miasta powiatowego. Miasto wojewódzkie było poza zasięgiem. Stolica to świat, do którego nie mieliśmy wstępu. Tak już jest. Poprawka. Tak było.

Wiele się zmieniło, gdy poszłam do gimnazjum. Geografię województwa poznałam dzięki gimnazjalnym konkursom przedmiotowym. Kolejne etapy odbywały się w przeróżnych miejscowościach. Gdy na konkurs zakwalifikowało się dużo dzieci, jechaliśmy gimbusem. Gdy tylko ja, nauczyciel brał swój samochód, albo jechaliśmy komunikacją publiczną. I tak zwiedzaliśmy kolejne miasteczka i sale gimnastyczne przysposobione do pisemnego testu. Pielgrzymowaliśmy po powiatach, aż w końcu udało się dotrzeć do miasta wojewódzkiego. Jeszcze trochę obcego i onieśmielającego, ale zdobytego dzięki wiedzy i dzięki zaangażowaniu nauczycieli, którym chciało się wozić krnąbrną dziewuchę po województwie.

Potem było łatwiej, w liceum jeździłam do miasta wojewódzkiego jak do siebie. Nie bałam się. Ścieżki zostały już wydeptane, a droga do samodzielności wiodła właśnie przez gimnazjum.

W gimnazjum przez godzinę w tygodniu byliśmy dorośli. Nie było świetlicy, a my po sześciu lekcjach czekaliśmy tę godzinę na autobus do naszych wiosek. Trudno uwierzyć, ile można zmieścić w godzinie, ile odkryć.

Dziesięć kilometrów to odległość, która dzieliła nasze domy od „wielkiego” świata największego miasteczka w gminie. Dziesięć kilometrów to odległość, którą należało pokonać, by znaleźć się w świecie dostępnym dla gimnazjalistów, przestać być dzieckiem pod skrzydłami rodziców i zacząć wyznaczać granice własnych możliwości. Obrzydliwy wyrób czekoladopodobny za złotówkę tabliczka. Jeżynowy błyszczyk w drogerii. „National geographic” w kiosku, do którego droga wymagała poświęcenia całej godziny. Ping-pong na prawdziwych stołach w gminnym ośrodku kultury, a czasem nawet muzyka z magnetofonu. Biblioteka publiczna z nieskończonym księgozbiorem, ale ograniczoną liczbą krzeseł i dwoma stolikami – kto pierwszy, ten lepszy. A przede wszystkim rozmowy, co, kto i z kim. Nie za mądre, głównie plotki. Trochę odrabiania lekcji, najczęściej cudzych, bo trzeba sobie pomagać i naprawdę ostatecznością było proszenie licealistów w rannym autobusie o pomoc. Ale komu starszy kolega nie rysował cyrklem w autobusie zadania z fizyki, nie zna życia.

I na koniec pierwsza wielka próba własnych sił. Akademia na zakończenie gimnazjum. Sama wymyśliłam, sama zorganizowałam. Szkoła trochę pomagała, trochę przeszkadzała. Nie wspomniałam o tym, że dzieci dojeżdżające z wiosek miały inne prawa, prawda? To była ta dorosłość, tak zupełnie nieidealna, nie w cieplarnianych warunkach, jeszcze na próbę, ale już z prawdziwymi wyzwaniami.

Moja definicja gimnazjum? Przysposobienie do życia w społeczeństwie poza własną wsią. Trochę dorosłości, trochę beztroski – kombinacja w sam raz na możliwości trzynasto- czy czternastolatki. Bez gimnazjum trwałabym do ósmej klasy w za małym świecie wiejskiej podstawówki, jak w za krótkich po wakacjach spodenkach gimnastycznych. Gimnazjum dało mi nie tylko wiedzę, ale też odwagę, by wejść w dorosłe życie, skończyć dobre liceum i studia na Uniwersytecie Warszawskim.

Nie lubiłam swojego gimnazjum, ale nie zamieniłabym go na inną szkołę.

 

*Autorka tekstu pochodzi z małej wsi w południowo-wschodniej Polsce, gdzie uczęszczała do szkoły podstawowej. Do gimnazjum dojeżdżała do oddalonego o 10 kilometrów miasteczka. Wówczas odnosiła sukcesy w konkursach przedmiotowych. Ukończyła dobre liceum i świetnie odnalazła się na studiach na Uniwersytecie Warszawskim.