Gdyby przyszło jej reformować system edukacji, przywróciłaby ten, który obowiązywał w okresie międzywojennym: sześcioletnia podstawówka i czteroletnie gimnazjum zakończone małą maturą. – W ten sposób podniósłby się poziom wykształcenia Polaków. Reforma minister Zalewskiej go obniży – mówi Krystyna Starczewska, laureatka nagrody specjalnej tegorocznego konkursu „Społecznik Roku”.

Rafał Gębura, ngo.pl: – Wyobraźmy sobie, że zostaje pani ministrem edukacji. Co pani robi?

Krystyna Starczewska: – Na pewno nie wprowadzam arbitralnie reform demolujących system edukacji. Zmiany muszą być wprowadzane stopniowo i muszą być wcześniej testowane.

Da się przetestować reformę edukacji?

K.S.: – Oczywiście. Można stworzyć kilka szkół eksperymentalnych, w których wprowadzi się poszczególne zmiany. Później trzeba obserwować, jak to się sprawdza.

Zlikwidowałaby pani gimnazja?

K.S.: – Absolutnie nie! Jeszcze bym je wydłużyła.

Dlaczego?

K.S.: – Bo po prostu się sprawdziły. Oddzielenie dzieci w trudnym wieku dojrzewania od maluchów było świetnym ruchem, ponieważ nauczyciele mogli opracować metody pracy dostosowane do ich potrzeb. To sprawiło, że podniósł się poziom ich wiedzy. W 2000 roku polscy uczniowie poddani tak zwanym testom PISA wypadli poniżej średniej OECD. Obecnie zdecydowanie tę średnią przekraczają i to we wszystkich badanych dziedzinach.

Po drugie, dla ucznia przejście z sześcioletniej podstawówki do gimnazjum jest czymś w rodzaju awansu. Dotyczy to w szczególności szkół na prowincji. Uczeń, który zmienia szkołę, czuje się przez to bardziej dojrzały i bardziej odpowiedzialny za siebie. Zawiązuje nowe znajomości, wchodzi w nowe układy, musi na nowo zapracować na swoje nazwisko. Wcześniej można było jechać na opinii do końca ósmej klasy.

Ile klas miałoby gimnazjum po reformie Starczewskiej?

K.S.: – Jeśli pyta mnie pan o wymarzoną strukturę szkolną, powróciłabym do tej, którą w okresie międzywojennym wprowadził minister Jędrzejewicz: sześcioletnia podstawówka i czteroletnie gimnazjum zakończone małą maturą. Pisaliby ją zarówno ci, którzy wybierają się do liceum ogólnokształcącego, jak i ci, którzy idą do szkół zawodowych i później pracują fizycznie. Licea miałyby dwa lata i określony profil przygotowujący do wybranego kierunku studiów. Oczywiście, tak jak w okresie międzywojennym, liceum funkcjonowałoby z określonym gimnazjum jako jedna szkoła, więc nikt by na takiej zmianie nie stracił.

W ten sposób podniósłby się poziom wykształcenia Polaków – dziesięć lat obowiązkowego kształcenia ogólnego dla każdego. Reforma minister Zalewskiej prowadzi do tego, że osoby, które będą szły do zawodowych szkół branżowych, otrzymają tylko osiem lat ogólnej edukacji. W społeczeństwie wytworzy się warstwa słabo wykształconych ludzi, przygotowanych do pracy fizycznej. Takimi łatwo sterować.

Co jeszcze by pani pozmieniała?

K.S.: – Podstawy programowe, tak aby istniała ścisła korelacja pomiędzy pokrewnymi przedmiotami. Dziś w gimnazjum na lekcji historii mówi się o powstaniu styczniowym, a w tym samym czasie na polskim omawia się „Kamienie na Szaniec”. Dzieciakom robi się w głowach groch z kapustą.

Zmieniłabym też sposób kształcenia nauczycieli. W obecnej szkole wielu z nich nie jest przygotowanych do pracy z dziećmi. Facet kończy matematykę, otrzymuje stopień magistra i przychodzi pracować do szkoły. Ma co prawda parę tygodni praktyk, ale wiadomo, jak one wyglądają. Posiedzi w ławce, posłucha, popatrzy, a później poprowadzi kilka lekcji na próbę.

Efekt jest taki, że nauczyciele nie wiedzą, jak rozwijać zainteresowania uczniów, jak organizować życie społeczne w szkole albo jak rozwiązywać konflikty. Zaproponowałabym więc coś w rodzaju szkół ćwiczeń dla przyszłych nauczycieli. Kandydaci, zanim otrzymaliby uprawnienia do wykonywania zawodu, musieliby najpierw odbyć co najmniej rok praktyk w bardzo dobrej, wyznaczonej do tego celu szkole.

Na razie w perspektywie mamy inną reformę. Jak ją pani przyjmuje?

K.S.: – Bardzo źle. Wprowadzi szalony chaos w strukturze szkolnej, obniży ogólny poziom wykształcenia Polaków i sprawi, że olbrzymie pieniądze zostaną wyrzucone w błoto. A gdyby tak przeznaczyć je na udoskonalenie obecnego systemu... Martwią mnie też nowe podstawy programowe. Te, które zostały już udostępnione, budzą moje poważne wątpliwości.

Dlaczego?

K.S.: – W przedmiotach humanistycznych jest polonocentryzm. Dobór lektur zawęża horyzonty uczniów. Prawie w ogóle nie ma literatury powszechnej. Dzieci nie będą czytały Szekspira ani Moliera. Podobny polonocentryzm jest na historii. Będą się uczyć głównie historii Polski, światowa jest w programie potraktowana po macoszemu.

To znany nam z PRL-u powrót do ideologizacji nauczania. Nie chodzi o nauczanie samodzielnego myślenia, tylko o wpajanie określonych postaw. O to, żeby szkoła wychowała w określonym klimacie ideologicznym.

Niepokoi mnie też powrót do autorytarnych metod wychowywania. Wraca przysposobienie wojskowe, propaguje się zakładanie klas mundurowych.

Myśli pani, że młodzi to kupią?

K.S.: – Byłam niedawno w sanatorium w Konstancinie i przyjaciółka zawiozła mnie do kościoła w Górze Kalwarii, chciała pokazać mi drogę krzyżową wyrzeźbioną przez znajomą rzeźbiarkę. Przyjechałyśmy pod kościół, a tam chmara ludzi. Okazuje się, że za chwilę przyjedzie prezydent Andrzej Duda, jest jakaś uroczystość.

Porządku pilnowali młodzi ludzie w mundurach. Dziewczynki i chłopcy. Podeszłam do jednego z nich i zapytałam, czy są harcerzami. Obruszył się i odpowiedział, że są uczniami klas mundurowych, nie harcerzami! Miał 16 lat, był uczniem pierwszej klasy liceum. Wyjaśnił mi, że raz w tygodniu jeżdżą na poligon i uczą się strzelać. A przed zakończeniem semestru mają tam dwutygodniowe fantastyczne ćwiczenia. Kiedy odeszłam, podbiegł do mnie i mówi: „A wie pani co jeszcze? Za te wszystkie ćwiczenia dostajemy po 400 zł miesięcznie”.

Wyrośnie nam pokolenie patriotów. Może to dobrze?

K.S.: – Ale to nie jest patriotyzm. Prawdziwy patriota to człowiek myślący, który krytycznie ocenia to, co wydarzyło się w dziejach własnego narodu i wyciąga z tego wnioski. W patriotyzmie nie chodzi o to, żeby przelewać krew za ojczyznę, tylko żeby starać się o rozwój swojego kraju i o zapewnienie mu takiego bezpieczeństwa, żeby przelewanie krwi nie było konieczne.

Wróciłam z kościoła do sanatorium, włączyłam telewizję, a tam minister Antoni Macierewicz przemawia do takich właśnie młodych ludzi: „Jesteście powołani do najbardziej zaszczytnego zadania – przelewania krwi za ojczyznę. Będziecie bronić Polskę przed wrogiem zewnętrznym. I przed wrogiem wewnętrznym, który już jest”. Włos mi się zjeżył na głowie.

Nowa szkoła będzie uczyła, że inny to obcy, a obcy to wróg. Dzieci są na coś takiego bardzo podatne. A wie pan, czym to skutkuje? Ostatnio spotykamy się z tym, że nasze kolorowe, czy skośnookie dzieci z gimnazjum na Raszyńskiej są zaczepiane na ulicy. Kiedyś pobito jednego z naszych chłopców, dlatego że wyglądał inaczej.

Znajdzie pani coś pozytywnego w reformie minister Zalewskiej?

K.S.: – Jest kilka pozytywnych haseł, na przykład rozwój wolontariatu. Mam tylko nadzieję, że nie będzie przymusowy, bo to go zabije. Jednak sama myśl o tym, że można zachęcać uczniów do pomagania innym, jest trafna. Spodobał mi się też postulat rozwijania pracy zespołowej.

Przez wiele lat była pani dyrektorką gimnazjum przy Raszyńskiej. Co stanie się z tą szkołą?

K.S.: – Nie wiem. W Zespole Szkół „Bednarska” mamy siedem szkół, w tym podstawówkę na Kawalerii. Myślimy o tym, żeby tam były klasy 1-5, a na Raszyńskiej klasy 6, 7 i 8, czyli mniej więcej taki odpowiednik gimnazjum. Byłam na rozmowie z minister Zalewską i zapytałam, czy jedna szkoła podstawowa będzie mogła funkcjonować w dwóch miejscach. Usłyszałam, że tak, ale pod warunkiem, że będzie jeden dyrektor. To mogłoby się udać, tyle tylko, że jedna podstawówka byłaby w dwóch różnych dzielnicach. Nie mamy pewności, czy kuratorium wyrazi na to zgodę.

Dr Krystyna Starczewska – twórczyni i wieloletnia dyrektorka I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego na Bednarskiej oraz Społecznego Gimnazjum na Raszyńskiej; prezeska Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej.