Patointeligencja okiem starej batoraczki


Teledysk 19-letniego rapera, tegorocznego maturzysty z prestiżowym świadectwem dojrzałości IB, zrobił to, co miał do zrobienia – sprowokował do dyskusji. Wśród widzów i słuchaczy głosy są podzielone – jedni nie kryją oburzenia, inny trwają w podziwie. Są oczywiście i tacy, którzy tonują nastroje. Temperatura rozmów w mediach społecznościowych pokazuje jednak, że Michał Matczak zadał celny cios.

Spowiedź młodzieńca, który spędził sześć najważniejszych lat życia w sędziwym gmachu szkoły na rogu warszawskich ulic Myśliwieckiej i Rozbrat, nie powinna być traktowana dosłownie. To artystyczna kreacja, celowe przejaskrawienie. Tekst ma szokować. Opowieść o szukaniu zapomnienia w używkach, wyuzdanym seksie, o samotności nastolatków „po katolickich przedszkolach”, uczących się w prestiżowej szkole, jest przerysowana. Ale w ogólnym zarysie, niestety, prawdziwa.

I nie jest – jak chcą niektórzy komentatorzy – wyłącznie opowieścią o porypanym życiu dzieci z nowobogackich domów. To jest obraz uniwersalny, dlatego tak wielu poruszył.

Punkt widzenia starszej koleżanki

Klip Michała Matczaka bije rekordy oglądalności, czemu dobrze służy atmosfera skandalu. I nie idzie tu o wulgaryzmy, ale o posłużenie się wizerunkiem własnej szkoły. Oliwy do ognia dolał swoją wypowiedzią dla Gazety Wyborczej wicedyrektor Batorego, Krzysztof Ściechowski:

Sam jestem batorakiem i jestem oburzony. Gdybym oglądał klip od drugiej minuty, wszystko byłoby w porządku. Tekst jest krytyczny, owszem, ale to wyraz artystyczny. Natomiast zestawienie tego tekstu z wizerunkiem szkoły jest oburzające. Nikt nie został w Batorym złapany pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Nie spotkałem się z pozytywnym komentarzem ze strony absolwentów liceum.

Pan Krzysztof zastrzega, że wypowiada się we własnym imieniu, ale akcentuje, że jego oburzenie gromadnie podzielają inni absolwenci. Otóż jeśli tak jest, to będę wyjątkiem. Mnie realizacja wideoklipu przed szacownym gmachem, na który patrzę z wielkim sentymentem, nie razi. Co więcej uważam, że szkoła nie powinna tak energicznie protestować. Bo przesłanie artysty jest zdecydowanie szersze. A i bluzy z logiem II LO nie są bez znaczenia. Tak się składa, że w Batorym pewne sprawy widać jak w soczewce i nie jest to prosta wina szkoły.

Dawnymi laty

Dyrektorska deklaracja o strefie wolnej od używek wywołuje u mnie uśmiech politowania. Bo używki były w Batorym nawet za moich czasów. A było to, wstyd się przyznać, cztery dekady temu. Były używki i był bunt. Mierził nas świat dorosłych – z ich zasadami, z ich wygórowanymi oczekiwaniami. Dawaliśmy temu jasny wyraz – choć bez udziału wielomilionowej widowni. Nasze wybryki cierpliwie znosiła poczciwa wychowawczyni. Zmądrzeliśmy dopiero później.

Ale mój Batory był inną szkołą. Też z renomą, też z wysoko ustawioną poprzeczką (ech, ta fizyka!), też z dumnym odwoływaniem się do „kolegów” z pokolenia Kolumbów. Ale my, ówcześni uczniowie, różniliśmy się od Michała i jego kumpli. Przychodząc do Batorego po ósmej klasie wprawdzie mieliśmy piątki na świadectwach, ale byliśmy zwykłymi prymusami z okolicznych podstawówek. Mieszkaliśmy o kilka przystanków autobusowych od szkoły, a nie na peryferiach szeroko rozlanej aglomeracji. Pochodziliśmy z rodzin o różnym statusie finansowym. Byli wśród nas uczniowie zamożniejsi z domu, ubrani w Peweksach, nawet dzieci rodziców znanych z ekranów ówczesnego telewizora (nota bene dziwnym trafem te dzieci są telewizyjnymi celebrytami). Ale dominowała PRL-owska przeciętność – bloki, meblościanki, małe fiaty, wakacje nad Bałtykiem, rzadziej w Bułgarii. Bogaci, czy biedni z domu, nie mieliśmy świata w zasięgu ręki jak dzisiejsza młodzież. No i nie ciążył na nas obowiązek aplikowania do Oksfordu.

Rekrutacyjne tajniki

Dziś nabór do Batorego wygląda inaczej, a szkoła jest przedmiotem westchnień sporej rzeszy rodziców. Wiem coś o tym, obserwuję to jako bywalczyni rodzicielskich forów poświęconych edukacji. Batory od kilkunastu lat jest wręcz kanonicznym przykładem szkoły marzeń dla stolicy i jej szerokich okolic. Bije pod tym względem szkoły, które według rankingów mają nawet ciut lepsze wyniki. Trudno powiedzieć, czy ta popularność to magia prawdziwie starych murów, czy może siła przyciągania klas IB, torujących drogę do studiów na zagranicznych uczelniach (może jedno i drugie).

Tak, czy inaczej, nabór jest ściśle konkursowy, bo tylko uprawnienia laureata konkursu lub olimpiady dają pewność, że rekrutacja zakończy się sukcesem. Przynajmniej w klasach z programem IB, a w takiej klasie uczył się przez ostatnie trzy lata raper Mata.

W rezultacie do Batorego dostają się dzieci po pierwsze zdolne, ale po wtóre posiadające bardzo zmotywowanych rodziców (to drugie jest nawet ważniejsze). Tak się składa, że ci rodzice to faktycznie często ludzie sukcesu finansowego, których stać by efektywnie wspomóc potomka w walce o tytuł laureata „kuratora”. Ale są i rodzice – architekci rekrutacyjnych sukcesów – średnio lub nawet mizernie sytuowani, za to obznajomieni z tajnikami naboru do szkół średnich. Najczęściej są to osoby związane z edukacją, choć nie tylko. Tacy rodzice potrafią syna lub córkę odpowiednio wcześnie skłonić do wysiłku, nakierować na właściwy konkurs. Organizują pomoc we własnym zakresie lub zapewniają opiekę optymalnego nauczyciela w masowej szkole.

To o czym śpiewa raper Mata: „kurator angielski i gegra” to szczera prawda. Oba konkursy stanowią najpopularniejszą przepustkę wyścigu do klasy IB w Batorym. Bo ci z „laureatem” z matmy bądź informatyki na ogół celują w Staszica lub Władysława IV…

Tak przesiani młodzi ludzie muszą się potem odnaleźć w nowej szkole, w środowisku podobnych sobie geniuszy. Radość z osiągnięcia celu szybko może zamienić się w rozczarowanie. Presja – realna albo urojona – staje się nieznośnym ciężarem. Udało się zabłysnąć w podstawówce czy gimnazjum? Trzeba nadal błyszczeć. Cel to świetnie zdana matura, a potem studia za granicą. Sprawdzona droga – tytuł laureata – to nie jest już taka prosta. Bo w liceum po laury olimpiad sięgają stosunkowo nieliczni uczniowie. Pojawia się pokusa by zaszaleć, znaleźć ukojenie w używkach, albo używkami i lekami wspomóc się w nauce.

Czy winna jest tu szkoła? Niespecjalnie… Rodzice – no cóż, oni nawet jeśli wepchnęli własne dziecko w takie bagienko, to przecież w przeświadczeniu, że robią wszystko co dla potomka najlepsze. Mata zresztą śpiewa nam o tej miłości rodzicielskiej: „pierdolę mamę i tatę za to że oddaliby mi nerki, wątroby i serca”.

No właśnie. Ci rodzice, z którymi wiele razy rozmawiałam na różnych korytarzach w oczekiwaniu na dzieci piszące finałowy etap kolejnego konkursu. To nie są bezduszne istoty zajęte pomnażaniem pieniędzy. To ludzie oddani własnym dzieciom, żyjący ponad miarę ich sukcesami. W dobrej wierze popychają te dzieci „ku wiedzy”, zapewniając im zresztą złudne chwile szczęścia, ale w pakiecie także późniejszy czas rozczarowań i zwątpień we własne siły…

Nękani syndromem oszusta

Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci opublikował niedawno artykulik o przypadłości nękającej zdolnych uczniów. Jest to dręczące poczucie, że się nieprawnie odniosło sukces. Towarzyszy temu strach przed zdemaskowaniem. Takie nawracające myśli nauka nazywa impostoryzmem, czyli syndromem oszusta.

Niechybnie taki cień wisi nad uczniami prestiżowych liceów, dokładając się do puli zwątpień, których nastolatki doświadczają z racji wieku. Sukcesy odnoszone w podstawówce i gimnazjum stanowią balast. Pojawia się pokusa zapełnienia pustki, poszukiwania erzaców, które przyniosą chwile szczęścia podobne do tych zaznanych z przeszłości. Drogi ucieczki to są gry komputerowe, jakieś forsownie uprawiane hobby, albo właśnie używki i intensywne życie towarzyskie.

Zwalanie całej winy na rodziców nie ma sensu. Nawet jeśli są pośrednio winni. Winny jest splot okoliczności.

To, co powyżej napisałam o specyfice Liceum Batorego (dotyczy to po trosze innych wysokoprogowych szkół rozsianych po Polsce) to tylko jeden z elementów. On być może jednak sprawia, że w środowisku tych uczniów lepiej widać pewne tendencje. Te tendencje są jednak dość demokratyczne. Młodzieńcze zwątpienie w sens życia i ucieczki w świat używek dotyczą także nastolatków w innych szkołach. Tak było i w przeszłości, ale obecnie jest gorzej. Bo dziś bardzo łatwo jest o różne chemiczne polepszacze samopoczucia, w zasięgu ręki jest pornografia, mnożą się cyber-uzależnienia. Bo sami fundujemy najmłodszym dzieciom smartfony i laptopy. To nie są wyłącznie problemy złotej młodzieży z najbogatszych domów.

Nie ma stref wolnych od ryzykownych zachowań. Na szczęście z tych przypadłości zazwyczaj się wyrasta. Ale jednocześnie takie radzenie sobie z bólem istnienia rujnuje młodym ludziom najlepsze lata życia, które powinny być latami beztroskiego szczęścia. I niestety od czasu do czasu dochodzi do nieszczęść, o których śpiewa Mata. Nieszczęść od któryvh nie ma odwrotu.

Janina Krakowowa

Aneks

I jeszcze dopisek na marginesie tych rozważań. Komentarz do wyczynu mediów publicznych, które postanowiły wykorzystać popularność wideoklipu Maty do własnych celów, zdyskredytowania jego ojca, przeciwnika zmian w sadownictwie. Oto usłyszeliśmy z ekranu telewizora:

O patologii świata elit, również tych prawniczych, opowiedział w swojej piosence „Patointeligencja” raper Mata, prywatnie syn prawnika, prof. Marcina Matczaka, częstego gościa liberalnych mediów, zagorzałego przeciwnika zmian w wymiarze sprawiedliwości.

Jednym słowem profesor Matczak został oskarżany o to, że… złamał synowi życie fundując mu narkotyki i mercedesa. Trudno o większe nadużycie. Szkoda, że specjaliści od propagandy w TVP nie zechcieli nic zrozumieć z przesłania piosenki… Warto jednak ten pokrętny komentarz TVP zestawić z diagnozą Adama Bodnara w jego wystąpieniu z 14 grudnia 2019 podczas III Kongresu Praw Obywatelskich:

Obserwujemy coraz większy rozdźwięk między światem młodzieży a światem osób starszych, co wpływa na poziom zrozumienia wartości demokratycznych. Wynika to z innych doświadczeń pokoleniowych i historycznych, ale także innych sposobów korzystania z mediów, internetu oraz komunikowania się.