Psychiatria dziecięca – kryzys, czy katastrofa? Wielogłos ekspertów.


Od dłuższego czasu specjaliści mówią o coraz gorszej odporności psychicznej młodego pokolenia Polaków, o epidemii nerwic i depresji. Niepokojącym sygnałem jest bardzo wysoka na tle innych krajów leżących w Europie liczba samobójstw zakończonych zgonem. W roku 2017 aż 116 Polaków w wieku 7–18 lat odebrało sobie życie, a policja odnotowała 730 prób samobójczych, choć realnie było ich znacznie więcej. Słyszymy też o coraz poważniejszej zapaści systemu leczenia psychiatrycznego.

Brakuje lekarzy psychiatrów zajmujących się dziećmi – w całym kraju jest ich niespełna 400, z tego 300 pracuje w Warszawie, w ogromnej większości dla sektora prywatnego. Niemal nikt z grona młodych lekarzy nie decyduje się na rozpoczęcie tej trudnej i gorzej od innych opłacanej specjalizacji – psychiatrii dziecięcej. Na planową wizytę w poradni finansowaną przez NFZ trzeba czekać długie miesiące, a nawet lata. Oddziały szpitalne są tak przepełnione, że lekarze na znak protestu rezygnują z pracy. Dzieci po próbach samobójczych z braku miejsc na psychiatrii trafiają na oddziały pediatryczne, albo są przewożone do ośrodków oddalonych nawet kilkaset kilometrów od domu.

Kraj młodocianych samobójców

Potrzebujących nagłej pilnej pomocy jest coraz więcej. Dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie prof. Janusz Heitzman mówił 28 marca dziennikarzowi RMF FM:

Polska młodzież jest na drugim miejscu w Europie w statystyce samobójstw dokonanych. To jest problem narastający. 30 proc. młodych ludzi wymaga opieki psychiatrycznej bądź psychologicznej. Jeżeli przeliczymy to na liczbę młodzieży do 20. roku życia – to są miliony.

Niepokojące informacje przekazała też dr Anna Zielińska-Wieniawska z oddziału psychiatrii dziecięcej w szpitalu klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego („Newsweek” z 27 marca):

I z tego co obserwujemy tutaj na oddziale – i co potwierdzają też oficjalne statystyki – niedoszłych samobójców jest wśród dzieci coraz więcej. Także wśród dzieci najmłodszych, co wcześniej było zjawiskiem sporadycznym. W szpitalnej poradni zdrowia psychicznego przybywa dzieci, których kolega lub koleżanka ze szkoły popełnili samobójstwo. Ostatnio miałam do czynienia z przypadkiem, który jeszcze kilka lat temu byłby nie do pomyślenia. Zgłosili się do mnie rodzice dziecka, które doświadczyło samobójczej śmierci trzech kolegów w przeciągu ponad pół roku.

Przyczyny szybko pogarszającej się kondycji psychicznej polskich nastolatków stara się zanalizować dr Magdalena Grygo, lekarka z 15-letnim stażem w psychiatrii („Gazeta Wyborcza”, 29 marca 2019):

Jeżeli w szkole jest źle, w domu jest źle, do tego nie ma się wsparcia w grupie rówieśniczej, to człowiek zostaje sam. To jest największa zmiana: kiedyś gdy w szkole nie wychodziło, a rodzina była mało wspierająca, zawsze zostawali koledzy. Teraz dzieciaki nie mają gdzie i z kim odreagować, nie mogą się przejrzeć w grupie rówieśniczej i otrzymać od niej wsparcia. Do tego dochodzi ogromna presja na wyniki w nauce ze strony rodziców i nauczycieli. Mamy teraz kumulację dwóch roczników, które razem zdają do liceów. W rodzicach i dzieciach jest ogromny lęk, że nie dostaną się do dobrej szkoły, wiele nastolatków z trudnością to wytrzymuje.

Oddziały szpitalne w rozsypce

Zapotrzebowanie na leczenie psychiatryczne jest ogromne, tymczasem możliwości coraz bardziej ograniczone. Od wielu dni media donoszą o zamknięciu 1 kwietnia niezwykle przeciążonego oddziału psychiatrii dziecięcej w szpitalu klinicznym WUM przy Żwirki i Wigury w Warszawie. O zagrożeniu likwidacją tego oddziału wiadomo było od grudnia, bo wówczas zatrudnieni tam lekarze złożyli wymówienia. Dyrektor Robert Krawczyk tłumaczył dziennikarzom, że jego pracownicy nie wytrzymali presji i przemęczenia:

Nie boimy się ciężkiej pracy, ale spada na nas natłok pacjentów, codziennie ponad 30 pacjentów oddziału psychiatrycznego leży na dostawkach. To horror dla personelu i chorych, za których bezpieczeństwo odpowiadamy.

Doniesienia z ostatniego piątku mówią wprawdzie, że Oddział Wojewódzki NFZ rzutem na taśmę wysupłał dodatkowe pieniądze i zdecydował o ratowaniu 20 łóżek na Żwirki i Wigury. Zmienia się jednak profil świadczonych usług na prostszy i tańszy. Oddział będzie leczył nerwice, a nie nagłe przypadki. Nie będą tu już wobec tego przyjmowani pacjenci z ostrego dyżuru, głównie niedoszli samobójcy. Dla najmłodszych z nich Warszawa nie ma innej opcji. Ci, którzy ukończyli 15 lat mogą trafić do Instytutu Psychiatrii i Neurologii przy ulicy Sobieskiego, gdzie jest 28 łóżek, ale także jest ogromne przepełnienie i często drugie tyle rozłożonych na podłodze materacy dla chorych. Młodszym pacjentom pozostaje dziecięcy oddział z 32 łóżkami w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Józefowie pod Warszawą. I on przechodził ostatnio burzliwe koleje losu – od grudnia 2018 do lutego 2019 był na głucho zamknięty, gdy odeszła z pracy ostatnia lekarka. Do poszukiwania nowych specjalistów szpital dwukrotnie zatrudniał firmę headhunterską. Sytuację ostatecznie udało się rozwiązać przy udziale konsultanta wojewódzkiego ds. psychiatrii dzieci i młodzieży, dr Lidii Popek. Placówka wznowiła działalność w lutym 2019. Michał Stelmański, dyrektor szpitala w Józefowie, mówił wtedy o cudzie.

W innych regionach Polski sytuacja nie jest lepsza. Nielicznym istniejącym jeszcze oddziałom także grozi likwidacja. Według doniesień „Gazety Wyborczej” z 19 marca na oddziale psychiatrycznym dla dzieci w łódzkim szpitalu im. Babińskiego wykorzystano już wszystkie dostawki. Leży tu 35 pacjentów, powinno być 23. Planowe przyjęcia są wstrzymane, przyjmowane są tylko dzieci w stanie zagrożenia życia. 22 marca „Gazeta Wyborcza” opisała poznański Szpital Jonschera:

Korytarz” wypisany jest na tablicy jako jedna z sal. Oddziałowe i pielęgniarki dbają, by pacjentów było w niej jak najmniej. Do dwuosobowych pokojów wstawiły dodatkowe łóżka. Na korytarzu na podłodze kładzie się materace. Część 16- i 17-latków odsyłana jest na oddział dla dorosłych. Przestrzeń ma znaczenie. To niedobrze, gdy nadpobudliwy kilkulatek biega po korytarzu, trącając materac pacjenta z depresją. Przy dużym zagęszczeniu częściej dochodzi do zachowań agresywnych. Rok temu było ciasno, normą było 28–32 pacjentów. Parę dni temu rodzic jednego z pacjentów wysłał mi SMS: – Koczowisko. 39 pacjentów na 25 łóżek. Materace na korytarzu.

Zagrożone likwidacją są oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży w Lublinie, Zaborze, w Miliczu koło Wrocławia i w Gnieźnie. Michał Stelmański, dyrektor szpitala w Józefowie, mówi:

To zespół naczyń połączonych. Jeśli inne oddziały przestaną pracować, cała grupa pacjentów przyjedzie do nas i nasi lekarze znów nie wytrzymają.

Opieka pozorowana

Dr Anna Zielińska-Wieniawska z WUM zwraca uwagę to, że szpitale to nie jest jedyny słaby punkt psychiatrii dziecięcej. Niewydolny jest cały system, w którym istotną rolę powinny pełnić poradnie zdrowia psychicznego:

Większość problemów psychicznych, z jakimi borykają się najmłodsi pacjenci, dałoby się wyłapać i skorygować wcześniej, tymczasem do naszej przyszpitalnej poradni jest kolejka na dwa lata. W placówkach prywatnych zapisy na pierwszorazowe wizyty są na za trzy, cztery miesiące.

Dr Magdalena Grygo mówi, że choć tylko tylko dwa razy w tygodniu pracuje na zlecenie NFZ, to cały czas waha się, czy z tej pracy nie zrezygnować, bo sposób finansowania wizyt psychiatrycznych w państwowej służbie zdrowia jest bardzo niedoskonały:

W poradni zdrowia psychicznego NFZ płaci za trzy pierwsze wizyty godzinne, a potem już tylko za 30-minutowe. Przy coraz trudniejszych pacjentach 30-minutowe wizyty są niewystarczające. Psychiatria to dziedzina, w której ważny jest kontakt z drugim człowiekiem. A jak mam go nawiązać, kiedy muszę się spieszyć, bo za drzwiami czeka już kolejny pacjent? (…) W prywatnej placówce zarabia się dwa razy więcej, a pacjentów jest mniej i mamy dla nich tyle czasu, ile potrzebujemy. Już od kilku lat nie pracuję w oddziale psychiatrii, ale podejrzewam, że ludzie odchodzą, bo nie wytrzymują tego tempa, tej ilości pracy, ryzyka, jakie muszą podejmować. (…) A sektor prywatny kusi. Każdy psychiatra dziecięcy nieustannie odbiera telefony od ludzi, którzy chcą, żeby dla nich pracował. Jeśli byłabym robotem, mogłabym pracować 24 godziny na dobę i ciągle miałabym co robić. Pacjenci przychodzą prywatnie i płacą, bo nie mają wyjścia.

O tym, że tak samo, albo jeszcze gorzej sytuacja wygląda od strony pacjenta świadczą wpisy czytelników pod cytowanymi artykułami. Komentatorzy potwierdzają, że w całym kraju mali pacjenci mają tylko iluzoryczny dostęp do opieki psychiatrycznej.

Nowy system – nowe znaki zapytania

Zestawienie głosów ekspertów to nie wszystko. Na alarm biją też nauczyciele i psycholodzy szkolni. To oni każdego dnia stykają się z dziećmi, które nie radzą sobie z emocjami, albo mają już nawet symptomy choroby psychicznej.

Jedna z nauczycielek odwiedzających profil NIE dla chaosu w szkole w obszernym liście zwróciła uwagę na artykuł zamieszczony w „Polityce Zdrowotnej”, gdzie omówiono nowe rozwiązanie – projekt trójstopniowego modelu opieki nad dziećmi i młodzieżą w kryzysie psychicznym. Projekt ten w ubiegłym roku trafił do konsultacji, a już we wrześniu ma być wdrożony. Według zapewnień wiceministra zdrowia pana Króla podstawą będą skoordynowane działania nauczycieli i specjalistów pracujących w szkołach oraz poradniach psychologiczno-pedagogicznych ze specjalistami ochrony zdrowia. Naszą korespondentkę niepokoi zapowiedź włączenia szkół w system opieki psychiatrycznej. Trudno powiedzieć, czy te obawy są uzasadnione.

Doświadczenia ostatnich lat wskazują, że faktycznie lista zadań jakie pracodawca stawia przed nauczycielami rozrasta się niebezpiecznie. Zarządzający edukacją nie martwią się o to, czy nauczyciele mają wystarczające kompetencje i czy są w stanie podołać kolejnym obowiązkom. Nie interesuje ich, że pracownicy szkół, zarzuceni coraz liczniejszymi zadaniami, w tym potężniejącą porcją biurokracji, cierpią na chroniczny brak czasu i są śmiertelnie zmęczeni. Mają coraz mniej czasu dla swoich wychowanków…

Janina Krakowowa

List

Większość z nas, pracujących w oświacie, zdaje sobie sprawę ze słabej kondycji psychicznej dzieci i młodzieży. Ale o ile w sytuacji problemów psychologicznych, można jeszcze mówić o jakimś systemie pomocy, o tyle pomoc psychiatryczna dla dzieci i młodzieży jest – po pierwsze – tematem tabu, po drugie – zjawiskiem prawie nieistniejącym. Kilka ośrodków, minimalna liczba oddziałów dziecięcych, niechęć do nieletnich pacjentów, brak psychiatrów w ogóle, to tylko niektóre z czynników, mających wpływ na tę katastrofalną sytuację. Ale oto stał się cud – Ministerstwo Zdrowia zapowiada, iż od września taka pomoc ruszy pełną parą! Zaciekawiona przeczytałam informujący o tym artykuł na portalu politykazdrowotna.com.

Włos zjeżył mi się na głowie. Gdy wczytamy się w treść, okaże się, że Ministerstwo Zdrowia ma zamiar wdrożyć nowy oparty się na trzech szczeblach „model opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży”. Mimo braku jasności, jak miałby ten system wyglądać w szczegółach, widzimy wyraźnie, że ma on zmierzać do „odchodzenia od hospitalizacji na rzecz opieki środowiskowej”. I tu pojawiają się intrygujące cytaty: „Kończymy negocjacje z MEN.” „Wybraliśmy model oparcia się na poradniach psychologicznych, psychoterapeutycznych. Dostrzegamy potencjał w szkołach, w poradniach psychologiczno-pedagogicznych.”

Nie cierpię być złym prorokiem, ale znam oświatę od podszewki od 30 lat i przeczuwam, że w obowiązkach nauczyciela od września pojawi się nowy obszar – opieka psychiatryczna nad wymagającymi jej uczniami. Tak po prostu. W ramach poradnictwa psychologiczno-pedagogicznego. IPEcik się napisze, może zindywidualizuje się nauczanie, jakieś zajęcia z pedagogiem dołoży, może z godzinkę socjoterapii. Bardzo przepraszam – ja wysiadam. Ministerstwo Zdrowia zleca szkole opiekę psychiatryczną. Poradni PP zresztą też, bo przecież im się nudzi. Kim jeszcze mamy zostać? Mam parę pomysłów. Może lekarzami pierwszego kontaktu? Kuratorami dla nieletnich? Włoży się w obowiązki i etat, w końcu nauczyciel pracuje 18 godzin, poza tym i tak większość czasu niewiele robi…

Tak, będę strajkować. Tak, jest mi źle. Akurat nie z przyczyn finansowych, choć „szału nie ma”. Po 30 latach pracy, mając (przypadkiem zupełnym) parę nadgodzin i stopień nauczyciela dyplomowanego, wiążę koniec z końcem. Ale mam dość wydumanych obowiązków, spychologii wszelkiej maści ministerstw, szczucia na nauczycieli, pogardy i lekceważenia, papierologii. Mam dość niszczenia oświaty, produkcji przeciętniaków, fikcji zamiast pomysłu jak i po co kształcimy. Mamy dziś zastąpić rodziców, nauczyć, być psychologami, wychowawcami, terapeutami, a teraz jeszcze psychiatrami. Osobiście wysiadam….

M.R.