Zmiana konieczna. Jak pandemia zmienia krajobraz polskiej edukacji?


Tym razem nie było ani czasu, ani sposobności, żeby zastanawiać się, czy zmiana jest dobra. Jakoś spodziewaliśmy się tej katastrofy, ale najpierw była daleko, potem blisko, ale nie aż tak znowu, żeby sobie dać czas do namysłu – co to będzie?

A kiedy to się stało, gdy wiadomo już było, że Polska nie jest cudowną wyspą wolną od pandemii, kiedy zamknięto szkoły i nakazano #zostań w domu, doznaliśmy emocji charakterystycznych dla przeżywania traumy.

Traumy, jako spotkania się z widmem śmierci, stanięcia twarzą w twarz z zagrożeniem dla siebie i bliskich, takim, od którego nie można było się odciąć, nie wiedzieć. Strach o życie i dotkliwe poczucie niepewności wśród natłoku sprzecznych często informacji trzeba było jakoś upchnąć na bok i pracować w zupełnie nowej rzeczywistości. Pospieszne ustalanie wytycznych, zalew narzędzi edukacji zdalnej i festiwal nowości w internecie niczego nie ułatwiały. Nie obyło się także bez rytualnych ataków fejsbukowiczów na nauczycieli, nauczycieli na ministra, kuratoria, dyrektorów; rodziców i uczniów na nauczycieli i nawzajem. Żyjąc w zupełnym chaosie, pod presją i jak wszyscy starając się zorganizować bezpieczne życie, i tak postanowiliśmy wypełniać naszą MISJĘ.

Nie było to łatwe, zważywszy na dwie obciążające nasze społeczeństwo cechy: brak zaufania – od pojedynczego człowieka poprzez piętra instytucji do samego szczytu władzy i na odwrót, oraz niskie poczucie sprawczości. W związku z tym wyrosło kilka bardzo poważnych barier na drodze do wystarczająco dobrej edukacji w czasie epidemii. Zresztą osiągnięcie „wystarczająco dobrego” poziomu czegokolwiek nie jest specjalnie łatwe. Nie chcemy być wystarczająco dobrymi matkami i ojcami czy pracownikami. Nie daj Boże wystarczająco dobrym nauczycielem, o nie – najlepszym, poświęcającym się, zaniedbującym rodzinę i samego siebie.

KONTROLOWANIE

Społeczeństwo o niskim poziomie zaufania do kogokolwiek jest społeczeństwem kontrolującym. Ministerstwo kontroluje kuratoria, kuratoria szkoły, dyrektorzy nauczycieli, nauczyciele uczniów i jeszcze rodzice szkołę, nauczycieli i swoje dzieci. Mało tego, nie mamy zaufania nawet do samych siebie.

W rzeczywistości pandemicznej z kontrolą jest problem. Nagle okazuje się, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i z wielu rzeczy musimy zrezygnować. Osoby, które już wcześniej, na przykład z powodu choroby czy utraty kogoś bliskiego lub drastycznej zmiany sytuacji finansowej, musiały zrewidować swoje potrzeby, zostawić z boku wiele swoich przyzwyczajeń, łatwiej przyjęły brzemię tej drastycznej sytuacji. Dla osób bardzo kontrolujących ta sytuacja okazała się nie do zniesienia.

Jak sprawdzić, czy wszyscy moi nauczyciele faktycznie solidnie pracują i ile godzin na to poświęcają? Czy nauczycielom należą się wszystkie nadgodziny? Czy moi uczniowie pracują samodzielnie? Pewnie rodzice odrabiają za nich lekcje i ja mam teraz oceniać rodziców? Czy ci, z którymi nie mam kontaktu, faktycznie mają jakiś problem czy wykorzystują sytuację, żeby zrobić sobie „koronaferie” (ohydne słowo)? Czy to, co robię wystarczy? Może powinienem więcej i lepiej? I rodzice: czy moje dziecko będzie w stanie uczyć się w sposób zdalny, czy dam radę mu pomóc? Co będzie z maturami, egzaminami i rekrutacją? Takiego poziomu niepewności w sferze edukacji nie było jeszcze nigdy. Wszystkie napięcia związane z tym systemem zostały zwielokrotnione i przez postęp geometryczny pandemii.

Zjawisko zbędności

Różnie to się potem organizacyjnie potoczyło. Były szkoły, w których nauczyciele wypełniali dziesiątki tabel rozliczając się ze swojej pracy. Były i takie, gdzie narzucono konkretne narzędzia oraz sposoby pracy i w ten sposób ograniczono autonomię pedagogów. Były też szkoły, w których bardzo wspierano nauczycieli, organizując spotkania online dla wymiany doświadczeń i spostrzeżeń albo dla zwykłego i niezwykle ważnego dzielenia się strachem. Były też instytucje, które porzuciły swoich pracowników. Nie było specjalnej kontroli i nie było też wsparcia. Ot tak, żeby przetrwać, żeby tabelki się zgadzały i nikt skargi nie złożył. Taka sytuacja jest dobrym przykładem na zjawisko zbędności, które w czasach kryzysu epidemicznego bardzo wyraźnie wystąpiło w różnych środowiskach. Otóż okazało się, że w warunkach pracy zdalnej część pracowników, również wyższych szczebli, jest po prostu niepotrzebnych. Ludzie się sami zorganizowali, wypracowali lepsze lub gorsze metody, poczatowali z kolegami i jakoś się potoczyło. Ważne pytanie jest tylko takie – jak to w przyszłości wpłynie na całą organizację, jej kulturę i funkcjonowanie, niezależnie od tego, czy będzie powrót do budynków szkolnych, czy zostaniemy na trybie zdalnym, lub będzie to jakaś hybryda.

OCENIANIE

Podstawowym narzędziem kontroli jest ocenianie, niezależnie czy ocenia nas dyrektor, czy kuratorium szkołę, czy my oceniamy uczniów. Nie jest to istotne, czy ocenianie jest tradycyjne, za pomocą cyfr, czy coraz bardziej doceniane kształtujące, to wciąż jest kontrola. Sami też nieustannie poddajemy się ocenie i, niestety, najczęściej nie jest to ocena bardzo dobra. Nie lubię oceniania, najbardziej tego na koniec roku szkolnego. Zawsze mam poczucie, że ocena nie jest sprawiedliwa i mam wątpliwości co do jej wartościowości dla ucznia.

Czy ocena zdalna może być sprawiedliwa?

Ocenianie jest nieodłącznym elementem rzeczywistości szkolnej i nic na to nie poradzimy. W obecnym czasie ocena jest jeszcze bardziej kontrowersyjna. Bo jak, uczeń miał na półrocze wymęczony dopuszczający, teraz same piątki-szóstki i mam mu tak po prostu trzy albo cztery wstawić? Przecież na pewno oszukiwał, rodzice odrabiali albo starszy brat pomógł. W drugą stronę, proszę bardzo, nie ma problemu. Dotychczas miał piątki-czwórki, jakiś taki niekomunikatywny, cichy był, ale oceny jak trzeba. A teraz zero kontaktu, brak aktywności, nic nie wysyła to trudno, będzie miał dwa, co najwyżej trzy. I już, a czemu się nie odzywa, nie wiem leń taki, zawsze był mało aktywny, pewnie śpi do czternastej. To są skrajności, ale trzeba uświadomić sobie, że nie ma wyjścia – trzeba sobie zaufać nawzajem. Jeśli faktycznie brat pomagał, to co? W sumie dobrze nawet, może się przez to lepiej poznali. Czuję, że stawiam za wysoką ocenę na koniec roku? Trudno, życie i ewentualne przyszłe egzaminy i tak tę ocenę zweryfikują. Należałoby się też zastanowić nad jakością narzędzi oceny, jakie sobie teraz stworzyliśmy. Bardzo chcielibyśmy tradycyjne ocenianie przylożyć teraz do edukacji zdalnej, ale to niemożliwe. Testy online? Żeby uniknąć „ściągania” ustawiamy czas 60, a nawet 40 sekund na odpowiedź, a test jest tak skonfigurowany, że uczeń nie może skoczyć do innego okna przeglądarki. Ale może ma laptop i telefon…To może projekt, taki kreatywny i autorski? Czego się boimy w ocenianiu zdalnym? Tego, że nas ktoś źle oceni po naszej ocenie. Rodzic powie (najlepiej w sieci), że nic z siebie nie dał, żadnych materiałów ciekawych, a teraz oceny takie słabe! Uczeń powie (w sieci najlepiej), kretynka – wysłałem jej pracę Janka, ona ma tylu uczniów, że nie zaskoczyła, pięć mi dała, hehe. Boimy się też tego, że kiedyś wrócimy do „normalnej” szkoły i okaże się, że nasza ocena była nieadekwatna, że się ośmieszyliśmy. Póki co, jedynym rozwiązaniem wydaje się zwiększenie zaufania do innych i do samych siebie, a przede wszystkim tworzenie takich lekcji i takich sposobów oceny, żeby były co najmniej wystarczająco dobre. Nie jest możliwe kontynuowanie tego, co robiliśmy w tradycyjnej szkole. A może to dobrze, może to stare nie było wcale takie właściwe?

KOMUNIKACJA
Przyspieszony kurs języków pokoleniowo obcych

Ktoś powiedział, że w czasie nauki zdalnej cyfrowi uczniowie spotkali się z analogowymi nauczycielami. To nieprawda, my jesteśmy cyfrowi inaczej. Sposoby wyszukiwania informacji i metody komunikacji były zupełnie inne. Uczniowie nie potrafili wysłać emaila z tematem i właściwie opisanymi załącznikami. Nie umieli odesłać poprawnie zadania w dzienniku elektronicznym, bo trzeba było pakować i rozpakować pliki. I to nie dlatego, że są głupi, tylko nikt ich tego nie nauczył lub po prostu tego nie potrzebowali. Moi uczniowie na przykład nie rozumieli co to znaczy odesłać zadanie w formie tekstu. Pisali tekst w zeszycie, robili zdjęcie i wysyłali. Trochę czasu zajęło wytłumaczenie, że w ten sposób poprawienie prac jest znacznie utrudnione. Nauczyciele nagle musieli pracować na platformach, szukali gorączkowo najlepszych sposobów przekazania wiedzy wciąż w poczuciu, że to nie to, że może jest coś lepszego.

Kropka śmierci.

Wiadomości na komunikatorach, wcześniej głównie wysyłane do rodziny i znajomych trzeba było dostosować w taki sposób, żeby młodzież nas zrozumiała. Mając nastoletnią córkę, wiedziałam, że jeśli przychodzi osiem wiadomości jedna po drugiej, to na pewno uczeń. W każdej wiadomości jedno zdanie lub nawet nie – trzy wyrazy. My piszemy pełne zdania w jednej wiadomości. I teraz – zaczynać od „dzień dobry, pragnę wam wysłać…”, czy „hejka uczniowie” (wysyłamy), „co u was?” (wysyłamy), „tu macie materiały” (wysyłamy). Otóż nie, trzeba było spotkać się w połowie drogi, dzieciaki też nie wiedziały, czy mogą dodać reakcje w postaci emotikonów do naszych wiadomości. Zresztą, odczytywanie emoji jest zupełnie inne przez nastolatków i dorosłych, o czym przekonałam się prowadząc świetnie przygotowaną (w moim mniemaniu) lekcję o przymiotnikach emocji z użyciem buziek – wyniknął kompletny chaos! Dzieci nie wiedziały także, że pisząc maila trzeba przywitać się i pozdrowić. Ile było z tym zamieszania , ile mediacji, negocjacji i często konfliktów nawet, że chamscy uczniowie, że staroświeccy nauczyciele. Ja też byłam chamska, gdyż okazało się, że obecnie nie odpowiada się „ok” tylko „dobrze” lub „okej”. Ale najgorsza jest „kropka śmierci” – jeśli piszesz krótkie zdanie, nigdy nie stawiaj kropki! Dlaczego? Bóg raczy wiedzieć – tak orzekło pokolenie cyfrowych tubylców. Jeszcze dostępność – jeżeli nauczyciel jest dostępny na komunikatorze o godzinie 23:29, to znaczy, że można mu wysłać zadanie, przecież było na dzisiaj, jeszcze jest dzisiaj, wstałem o czternastej, netflix potem i wyjście z kolegami. Nie wiadomo dlaczego trudno było ich przekonać, że lepiej wtedy wysłać poprzez dziennik elektroniczny lub email, bo nie pika po nocy.

Bez gestu, grymasu, uśmiechu

Komunikacja była wysoce zaburzona także z powodu braku lub deficytu jej fundamentalnej części – komunikacji niewerbalnej. Było to szczególnie dotkliwe dla osób, które komunikują się w dużej mierze gestem, postawą, mimiką. Nawet lekcje online, wtedy, gdy teoretycznie widzimy się nawzajem, nie tworzą warunków dla skutecznej komuniakcji pozawerbalnej. Chcielibyśmy wiedzieć, w jakim nastroju są nasi uczniowie, po ich mimice oceniamy stopień przyswajania wiedzy. Wreszcie, nasze spojrzenie może motywować, zachęcać lub dyscyplinować. Lekcje online przysporzyły ogromnego stresu wszystkim uczestnikom. Po pierwsze, sprawy techniczne, po drugie lęk przed ośmieszeniem, przed oceną wyglądu mojego i mojego mieszkania. Wielu nauczycieli zezwalało uczniom, na ich prośbę, na udział jedynie audio, bez obrazu. Wielu nauczycieli doświadczyło trollingu. Były przypadki, że na lekcję „wchodzili” rodzice lub całkiem postronne osoby. Jednak w przypadku szkół, które prowadziły nauczanie tylko za pomocą wysyłania materiałów, komunikacja, a może więcej – więź pomiędzy nauczycielami i uczniami została poważnie naruszona.

AKCEPTACJA

Trauma rozpatrywana jest przez różne nauki. Wolałabym przylgnąć do definicji socjologicznej, gdzie jest ona traktowana jako proces z zakończeniem, podczas gdy w pojęciu psychologicznym trauma nie jest nigdy możliwa do całkowitego uleczenia. Jednak rozum podpowiada, że tak własnie jest. W jaki sposób społeczność przetrwa, jest w dużej mierze zależne od jej rezylientności, czyli mówiąc bardzo prosto – umiejętności odbicia się od dna. Niestety, fakt wystąpienia pandemii pociąga za sobą kolejne zjawiska o niespotykanej sile, z których nadciągający kryzys gospodarczy jest tylko jednym przykładem. Zatem, w jakim miejscu procesu traumy znajdujemy się obecnie? Początkowa ogromna dezorganizacja i dezorientacja nadal nam towarzyszą podsycane dezinformacją i przenikaniem polityki do ochrony zdrowia. Brak zaufania pozostanie, gdyż świetnie się miał zawsze, może nawet się wzmocnił.

Razem, lecz wciąż bez zaufania

Straszne przeżycia jednak wiążą ludzi, którzy chcą być razem, nawet jeśli fizycznie nie mogą. Chcemy dzielić się z innymi lękiem i nostalgią za przeszłością. Chcemy klaskać w podzięce pielęgniarkom i lekarzom z balkonów swoich domów, ale tylko wtedy, gdy nie mieszkają za ścianą i nie robią zakupów w tym samym warzywniaku, bo przecież roznoszą zarazę. Ludzie jednoczą się organizując różne akcje i społeczności w sieci. Wirtualnie trzymają się za ręce, szukają wspólnego wroga, bo przecież ktoś musi być winny! Podatni na plotki i konfabulacje dyskutują zawzięcie o wszyskim, na każdy temat będąc najmądrzejsi. Tworzą memy żartobliwe, które choć trochę rozładowują strach i napięcie. Są nawet tacy, którzy podejmują działania w realu, bez wielkiego rozgłosu. Trzeba mieć ogromną odwagę, ja jej nie miałam. Różnie radzimy sobie z traumą, jednak pewne jest, że miliony ludzi na świecie nie obejdą się bez profesjonalnej terapii.

Sztuka przetrwania

Jeżeli chodzi o edukację, najważniejszym krokiem, który pozwoli na konstrukcję zmienionego systemu, a nie na jego destrukcję, jest akceptacja. Na poziomie osobistym – tak, robiłam pewne rzeczy źle, nie zawsze moje lekcje i materiały były doskonałe, wściekałam się na uczniów za brak netykiety, nawet zablokowałam czasowo kilku nocnych marków. Trudno, uczyłam przecież wystarczająco dobrze, jak się wszystko uspokoi przyjdzie czas na ewaluację i ulepszenia. Dajmy sobie prawo do błędów i niedociągnięć. Nie kłaniajmy się internetowym trollom nienawidzącym wszystkiego, a teraz kolejny raz przy świetnej okazji – nauczycieli. Trzeba zadbać o siebie przede wszystkim, o rodzinę. Bez jakiej takiej równowagi praca-dom nie będziemy ani dobrymi nauczycielami, ani członkami rodziny. W szerszym pojęciu musimy zaakceptować globalne zmiany spowodowane samą pandemią i kryzysem gospodarczym. Nigdy nie lubiłam specjalnie zakupów, a teraz ich nienawidzę. Nienawidzę ludzi bez masek wchodzących mi na plecy w kolejce. Nie akceptuję niektórych luzowań restrykcji epidemicznych. I co? Nie mam na to wływu, nie będę się awanturować w kolejce do kasy, nie mam możliwości zakupów spożywczych online, nie powstrzymam ludzi od zbiorowego najazdu na górskie szlaki i nadmorskie plaże. Jedyne co mogę zrobić, to dostosować się i niestety zaakceptować pewne zjawiska. Taka strategia przekłada się na akceptację zjawisk w edukacji. Przecież nie urządzimy strajku w tej sytuacji? Nie chodzi o to, żeby zamilknąć, oddać wszystko w ręce innych, ale o to, żeby nie tracić energii na rzeczy, które niekoniecznie są teraz istotne lub na które zwyczajnie nie mamy wpływu. I jeszcze jedno, to taki internetowy frazes – z każdej sytuacji można wyciągnąć coś dobrego, a nasza teraźniejszość stwarza wiele szans na zmiany.

ZMIANA
Już nic nie będzie nigdy takie samo

Kolejny niby frazes, ale stuprocentowo prawdziwy. Rozumiemy to, gdy myślimy o transporcie, czy kiedykolwiek polecę samolotem, czy wsiądę do tramwaju, podczas gdy mnóstwo ludzi robi to codziennie. Kiedy myślimy o rozrywce, nie ma po co iść do kina, narażać się, jest tyle serwisów filmowych. Uwielbiam tańczyć, ale czy wrócę na kurs latino, czy pójdę kiedyś do klubu? A może inaczej, przecież wielu uważa, że wirusa nie ma, że to propaganda(!) polityczna. Albo – i tak wszyscy muszą zachorować, w ten sposób osiągniemy odporność stadną, to po co się ograniczać? Dziesiątki, setki dylematów i ciągły niepokój, czy robię dobrze. Niemniej jednak mówi się o dobrych stronach – zacieśnienie węzi rodzinnych (tylko, że przemoc domowa ma się świetnie), odkrywanie nowych zainteresowań lub dołączanie do ważnych akcji społecznych.

Szanse w nieszczęściu

W sferze edukacji, kiedy już oswoimy się z nową sytuacją i zaakceptujemy swoją ograniczoną przez jakiś czas sprawczość, możemy dostrzec szanse na zmiany. Zmiany, które są konieczne. Nie możemy w świecie, w którym nic już nie będzie takie samo, trzymać się tego, co było przedtem. Mimo, że czuliśmy się w dużej mierze osaczeni, paradoksalnie nasza nauczycielska autonomia miała duże szanse na przetrwanie. Wybór materiałów edukacyjnych – nie odkrylibyśmy wielu wartościowych źródeł, nie zauważylibyśmy tego, ile naszych przedpandemicznych metod z wykorzystaniem TIK jest do niczego, bo na przykład kompletnie nie trafiają do młodzieży. Więcej, okazało się że ten facet z youtuba tłumaczy temat lepiej ode mnie! Nawet gdybym wcześniej to odkryła, pewnie oglądalibyśmy razem na lekcji, a po co, przecież dzieciaki mogą obejrzeć w domu. No tak, nie wiadomo, czy obejrzą, ale jaka jest pewność, że jeśli na lekcji, to akurat nie myśli jeden z drugim o obiedzie lub swojej dziewczynie? (wraca zagadnienie zaufania). Jednocześnie, nagła zmiana wszystkiego spowodowała przyspieszenie samokształcenia, uczenia się od siebie nawzajem i wreszcie odkrywanie własnego potencjału, choćby do tworzenia świetnych materiałów nauczania. Nie wiedzielibyśmy, ile godzin szkoleń z rozwijania umiejętności cyfrowych było zmarnowanych.

Komfort elastyczności

Poza tym, czyż to nie wspaniałe odbywać szkolenia online w domu, w dresiku i kawą ulubioną? Nie dowiedzielibyśmy się, że nasze umiejętności komunikacyjne potrzebują kopa do cyfrowego świata. Program nauczania – może to niepoprawne, ale sądzę, że nie tyko ja zrezygnowałam z niektórych treści, oceniając je jako zbyt trudne na raczkujące nauczanie zdalne, ale również nieprzydatne, ani ze względu na egzaminy zewnętrzne ani na umiejętności życiowe. Internet zaburza pojęcie czasu i miejsca. Oczywiście, dobrze jest utrzymać jakiś rytm dnia, jest to zdrowe i powoduje większą produktywność. To udawało się w sytuacji, gdy w szkole był ustalony plan lekcji online, w innych przypadkach było to trudne. Jednak patrząc w przyszłość, jeśli mam jednego lub dwóch uczniów, których przygotowuję do ważnego konkursu, to musimy się spotykać w szkole na ósmej czy dziewiątej lekcji, gdy wszyscy pomęczeni i głodni? Może warto byłoby spotkać się online, nawet o dwudziestej, nawet w sobotę o dwunastej, jeśli wszystkim pasuje. Jeśli zależy mi, żeby uczniowie przeczytali artykuł, rozwiązali quiz, to jaka jest różnica, że zrobią to w niedzielę w nocy? Przecież nawet podczas „normalnej” nauki nie kontroluję o której godzinie chodzą spać. W końcu – radykalnie – może do szkoły wystarczyłoby iść trzy razy w tygodniu? Albo codziennie na trzy godziny? Może rady pedagogiczne i szkolenia mogłyby odbywać się na platformach komunikacyjnych, ale tu jest znowu problem zaufania, bo przecież jest tajemnica rady, a kto zagwarantuje, że dziecko nauczyciela, chodzące do tej samej szkoły, nie będzie podsłuchiwać, albo, co gorsza zhakuje posiedzenie i całe miasto obejrzy?!

ZMIANA KONIECZNA
Nie ma już w tej chwili dyskusji, czy zmiana musi być

To, co wydarzyło się w kraju i poza nim sprawia, że trzeba się dostosować, to takie prawo ewolucji – szansę na przetrwanie mają te gatunki, które potrafią się dostosować. Przez chwilę modne było stwierdzenie, że wracamy do „nowej normalności”. Konstrukt ten nie ma najmniejszego sensu, gdyż samo pojęcie normalności jest wysoce nieprecyzyjne, a przymiotnik „nowa” nie ma tu sensu, ponieważ całe stwierdzenie miało na celu udzielenie złudzenia, że będzie po staremu. Jednak nic po staremu nie będzie, konieczne są zmiany. Do ich skutecznego wprowadzenia, na poziomie osobistym niezbędne są dwie rzeczy: zaufanie do siebie samego i innych a także akceptacja ograniczeń i własnych błędów, o czym pisałam wyżej.

A na jakie zmiany systemowe możemy liczyć?

Jesteśmy w takim momencie, kiedy na mocno wadliwy system edukacji, spustoszony okrutnie przez ostatnią „reformę” została nałożona pandemia, a wkrótce czeka nas potężny kryzys gospodarczy. Wszyscyśmy odetchnęli z ulgą, gdy zakończył się ten najdziwniejszy rok szkolny, to już koniec, daliśmy radę, nigdy więcej. Wielu miało nadzieję, że już teraz będzie dobrze, wirus sobie pójdzie precz wraz z upałami, a my będziemy mogli „normalnie” pracować od września. Cóż, wirus wydaje się nie przejmować upałami, nie chce zniknąć pomimo zaklęć obywateli i obietnic głów państwa, które traciły chyba głowy podczas kampanii wyborczej. Nie pomógł nawet bunt, powstanie prawie ludowe przeciwko noszeniu maseczek.

Chaotyczne wytyczne

Ponadto, wakacje są na półmetku, a konkretnych informacji o organizacji kolejnego roku szkolnego jak na lekarstwo. Owszem, wracamy do szkół, do stacjonarnego nauczania, nie będzie dzielenia klas, czy nauki na zmiany (zmianowość istnieje w wielu szkołach, więc pewnie trudno byłoby dzielić zmiany na zmiany). Nie będzie pojedynczych ławek, nie będzie trzeba nosić maseczek, chyba, że na apelu… Wszyscy mają myć często ręce, wietrzyć pomieszczenia nawet zimą, organizować więcej lekcji na świeżym powietrzu. Główny Inspektorat Sanitarny rekomenduje rozważenie powszechnych szczepień na grypę dla nauczycieli. Na dyrektorów szkół ponownie zostanie zrzucona wielka odpowiedzialność – w razie podejrzenia zaistnienia ogniska wirusa, to oni w porozumieniu z Sanepidem będą podejmować decyzję w sprawie ewentualnego zamknięcia szkoły. I teraz – nie chodzi o to, czy są to właściwe zasady, gdyż o Covid-19 naukowcy tak naprawdę wiedzą niewiele. Można się sprzeczać do następnej wiosny, czy maski trzeba, czy nie trzeba nosić. Należy natomiast zdać sobie sprawę z tego, że te decyzje i wytyczne (na razie wstępne) wynikają z dwóch rzeczy: po pierwsze – była to kiełbasa wyborcza (lud był zmęczony nauczaniem zdalnym), po drugie – zwyczajnie nie ma środków finansowych. Nie wiadomo nawet, czy wyżyłowane samorządy, które dodatkowo ucierpią z powodu niższych wpływów z PIT, CIT i VAT, sfinansują choćby szeroki dostęp do mydła, ciepłej wody i papierowych ręczników w szkołach. Czy w szkołach nie będzie mierzenia temperatury, bo jest to naukowo podstawne? Nie, nie będzie tego, bo trzeba byłoby zakupić termometry bezdotykowe.

Kolejny sen niespełniony

Jeżeli chodzi o sprawy dydaktyczne, wielu nauczycieli widziało w tym kryzysie szansę na zmiany na lepsze, może odchudzenie podstaw programowych, może więcej autonomii, może dopływ skutecznych narzędzi do nauczania online? Obecnie nie wiadomo nic konkretnego na temat szeroko krzyczanej wspólnej platformy edukacyjnej. Okazuje się, że będzie to wciąż platforma epodreczniki, na temat której wypowiedzieli się już chyba wszyscy i to raczej krytycznie. Obecnie ministerstwo edukacji pracuje nad udoskonalaniem jej funkcjonalności z zastrzeżeniem, że ma być to tylko wspomaganie nauczania stacjonarnego. Nauczyciele raczej słabo ocenili to narzędzie edukacyjne, lecz nie można liczyć na nic lepszego, nie ma na to zwyczajnie pieniędzy – zadłużenie państwa jest ogromne, a Narodowy Bank Polski drukuje banknoty, co ma w zamyśle ratować gospodarkę, lecz prawdopodobnie pogrąży ją jeszcze bardziej.

Nie myślimy codziennie o podatkach, ministerstwach i długach. Myślimy natomiast, że chcielibyśmy dobrze pracować. Chcielibyśmy mieć zdrowe i bezpieczne warunki, a przede wszystkim chcielibyśmy mieć realny wpływ na nasze szkolne życie. Dlaczego kolejny raz nikt nas nie słucha? Czy ktoś się pyta o jakieś refleksje lub spostrzeżenia z tego trudnego okresu? Czy wreszcie zostaniemy potraktowani jako ważne ogniwo w całym procesie edukacyjnym, czy zamiast pseudo konsultacji społecznych odbędzie się konstruktywna dyskusja? Macie jeszcze dość optymizmu, żeby w to wierzyć?

Magdalena Dębecka,
nauczycielka języka angielskiego w Zespole Szkół w Lipianach