Hodowla olimpijczyków. Na kanwie artykułu w „Wysokich Obcasach”


Kuratoria opublikowały terminarze konkursów przedmiotowych i olimpiad, a organizatorzy – spisy zagadnień i listy lektur. Trwa wyścig z czasem. Nauczyciele próbują przygotować własnych uczniów, ale większa część przygotowań toczy się poza murami szkół. Z udziałem korepetytorów i wyspecjalizowanych firm. Spójrzmy jak do tego doszło.

Przenoszenie się pracy z uzdolnionymi uczniami do sektora płatnych usług edukacyjnych jest najmocniej widoczne w wielkich miastach. Wielkomiejscy rodzice zdają sobie sprawę, że w przypadku konkursów gra toczy się o dużą stawkę – o miękkie lądowanie w wybranej klasie i szkole, bez rekrutacyjnych stresów, a także o wolny wstęp na prestiżowe studia. Rodzicielski apetyt na tytuł laureata bywa większy od apetytu dziecka. Przekłada się to na gotowość zapłacenia nawet dużych pieniędzy za cykle zajęć z fachowcem.

Postępująca w szybkim tempie prywatyzacja przygotowań do konkursów i olimpiad to nie tylko kwestia dojrzewania do takich decyzji rodziców, ale przede wszystkim efekt postępującej degradacji publicznej szkoły. Do ciekawych wniosków doprowadziło mnie zestawienie obecnej sytuacji z obserwacjami sprzed kilku-kilkunastu lat, gdy w konkursach startowały moje dzieci, chodzące do warszawskich i podwarszawskich gimnazjów.

Z własnego doświadczenia wiem, że jest najlepiej, gdy zainteresowania i uzdolnienia dziecka pokrywają się z obranym edukacyjnym celem, a pracę nadzoruje nauczyciel przedmiotu. Tak przynajmniej to wyglądało w przeszłości, w szkolnych czasach moich dzieci. Z perspektywy tych doświadczeń mogę też powiedzieć, że jest najlepiej, gdy nauczyciel pracuje w rozszerzonym zakresie z całą klasą, by podczas kółek omawiać tylko najtrudniejsze zagadnienia. W takim systemie uczeń nie marnuje czasu w szkole. Ma też kolegów, którzy zmagają się z tym samym materiałem i rozwiązują te same problemy konkursowe. Nic tak nie mobilizuje, jak poczucie, że kumple robią to samo.

Niestety, to co udawało się zrobić w szkole najmłodszego syna, ucznia profilowanego gimnazjum i podopiecznego wybitnej nauczycielki, jest dziś możliwe do zrealizowania w zupełnie nielicznych placówkach – w wybranych szkołach niepublicznych i w kilku w skali kraju szkołach publicznych z klasami matematycznymi.

Trzeba dobitnie to powiedzieć: praca z uzdolnionymi uczniami jest rugowana ze szkół. Wielu wychowawców olimpijczyków odeszło z publicznego szkolnictwa lub przeszło do liceów. Ostatnie dwa lata przyniosły też zagładę kółkom przedmiotowym. Prowadzą je nieliczni pasjonaci, na zasadzie wolontariatu, podczas gdy jeszcze w roku szkolnym 2019/2020 w takiej Warszawie prowadzący kółka przedmiotowe byli, skromnie bo skromnie, ale jednak wynagradzani przez miasto. Były też znakomite międzyszkolne koła zwane SMOK-ami, już kilka lat temu zlikwidowane.

W samorządowych szkołach podstawowych rodzice siódmo- i ósmoklasistów z konieczności przejmują inicjatywę. Czasami z dzieckiem efektywnie potrafi pracować ktoś z rodziny. Na ogół jednak rodzice szukają godnego zaufania fachowca. Na rynku funkcjonuje osobna kategoria korepetytora: spec od konkursów. Choć są to zazwyczaj najdrożsi na rynku fachowcy, chętnych nie brakuje. Najsławniejsi zapisują uczniów z rocznym wyprzedzeniem. Na rodzicielskich formach możemy przeczytać takie oto opinie:

faktem jest, że nie łatwo o korepetytorów. Córka w 7 klasie miała problem z fizyki, nie potrafiliśmy jej pomóc, chciałam umówić kogoś na 2–3 lekcje i to jest niemożliwe, bo są całkowicie zajęci i mają lepszych uczniów – właśnie całorocznych.

A w tym roku zetknęłam się z zupełnie inną kategorią korepetytorów – odrębna chyba grupą, która szykuje dzieci na konkursy. Jeśli dziecko chce podejść do konkursu w 8 klasie, to dobrze już zabukować korepetytora w połowie 7 klasy. [forum gazeta.pl/e-mama, wpis z 23 IX 2021]

Oprócz wyspecjalizowanych korepetytorów w dużych miastach usługi świadczą mnożące się jak grzyby po deszczu firmy edukacyjne. Oferują one specjalne kursy (nauka w małych grupach pod okiem tutora, który wyznacza też materiał do samodzielnego przyswojenia w domu). Ogłoszenia o tego typu zajęciach pojawiają się w mediach społecznościowych i na portalach poświęconych edukacji. Powoli na tym rynku robi się coraz tłocznej. Nic dziwnego, że niektórzy właściciele firm korepetytorskich sięgają po mniej konwencjonalne sposoby dotarcia do rodziców. Do takich prób należy policzyć artykuł, który 23 września ukazał się w „Wysokich Obcasach”, dotyczący tematyki konkursowej.

Autorki tekstu są założycielkami przedsiębiorstwa oferującego kursy przygotowawcze dla uczniów działającego pod nazwą Towarzystwo Inteligentnej Młodzieży (TIM). Dla „WO” obie panie napisały rzecz, która jest zawoalowaną reklamą ich działalności. Nazwa „TIM” nie pada wprawdzie w tekście, ale jest stosowny link pod artykułem, przekierowujący na stronę, gdzie można się zapoznać z ofertą, cennikiem i entuzjastycznymi opiniami dotychczasowych klientów. W kontekście tez artykułu troskliwy rodzic powinien się nad taką propozycją poważnie zastanowić.

Wypowiedzi obu pań są zachętą, by motywować dziecko do udziału w konkursach, nawet jeśli nie jest prymusem. Uczeń uczestniczący w cyklach przygotowań wiele zyska, nic nie tracąc. Nawet jeśli nie uda się zdobyć upragnionego tytułu, kursy będą okazją do pogłębienia zainteresowań, nauczą jak planować naukę i dysponować czasem, pozwolą poznać rówieśników skupionych na zdobywaniu wiedzy. Obie panie zachęcając do startów, nie szczędzą słów krytyki pod adresem konkursów. Piszą:

Formuła konkursów, niestety, w niewielkim stopniu pozwala wykazać się kreatywnością i zdolnościami. Nauczyciele historii, biologii czy geografii narzekają, że niedoceniane jest logiczne myślenie, umiejętność łączenia faktów i wyciągania wniosków. Natomiast rodzice konkursowiczów mówią o rozczarowaniu dzieci, które wynika z nie zawsze jasno sformułowanych poleceń i sposobu rozpatrywania odwołań. (…) Także jeden z najbardziej obleganych konkursów – matematyczny – zdaniem większości nauczycieli wymaga żołnierskiego wyćwiczenia i ścigania się z czasem. Nie ma w nim miejsca na myślenie nad koncepcją rozwiązania. Wielu utalentowanych matematycznie uczniów nie jest w stanie temu sprostać. Jest to bardzo zniechęcające, ale niestety charakterystyczne dla polskiej szkoły.

Przytoczone powyżej opinie nie są wyssane z palca, mazowieckim „kuratorom” można sporo zarzucić. Dziwi jednak, że autorki materiału wybijając na leadzie wiadomość o Mateuszu, który „będąc wybitnie uzdolnionym matematykiem poległ, bo pomylił się w rachunkach” ani słowem nie wspominają, że chłopiec prócz konkursu przedmiotowego z matematyki, organizowanego na zlecenie KO, miał także do wyboru Olimpiadę Matematyczną Juniorów, skierowaną do uczniów szkół podstawowych, która wygląda zupełnie inaczej. Na jej wszystkich etapach liczy się matematyczny talent, umiejętność logicznego myślenia i dar do wyszukiwania niesztampowych rozwiązań. Czasu do namysłu jest pod dostatkiem, błędy rachunkowe mają nikłe znaczenie, a system odwołań działa bez zarzutu.

Czyżby kurs matematyki w ofercie reklamującego się za pomocą artykułu Towarzystwa Inteligentnej Młodzieży nie obejmował przygotowania do tej nie obciążonej mankamentami olimpiady? Czy to możliwe, żeby autorki artykułu nie znały specyfiki OMJ i nie potrafiły przeciwstawić olimpiady konkursowi przedmiotowemu?

Sam fakt zamieszczenia na łamach poczytnego magazynu dyskretnej reklamy prywatnego przedsiębiorstwa można uznać za znak czasów, w których żyjemy. Westchnąć można jedynie nad powierzchownością artykułu. Przecież rodzice bardzo często nie wiedzą, które zmagania konkursowe są najwartościowsze i czym się różni konkurs kuratoryjny od olimpiady, jaka jest specyfika przygotowań. Takie właśnie informacje powinny być zawarte w problemowym artykule pisanym przez dwie specjalistki…

Przy tej okazji warto zerknąć na ofertę Towarzystwa Inteligentnej Młodzieży i zestawić ją z możliwościami przeciętnej szkoły. Szkoły, w której naczelnym problemem stał się niedostatek ludzi do pracy. Firma oferuje przygotowanie do konkursu w podziale na trzy etapy. W sumie jest to dwadzieścia 90-minutowych spotkań za 1710 zł. Zajęcia odbywają się w małych grupkach, z wypoczętym tutorem. Porównajmy to z przeciętną stołeczną podstawówką. Molochem, w którym nauczyciel, dajmy na to matematyki, ma zazwyczaj absurdalną liczbę godzin przy tablicy. Nawet jeśli ten nauczyciel zechce w ramach wolontariatu poprowadzić przygotowanie do konkursu, musi wpisać je na zerówkę, bo to jedyna opcja w dużych szkołach, przy przeciążeniu uczniów i nauczycieli. Jest duża szansa, że takich 45-minutowych spotkań odbędzie się raptem kilka, z różnych organizacyjnych przyczyn.

Nie chcę idealizować szkoły sprzed reformy Zalewskiej, bo to też nie była sielanka i wielu uczniów musiało się uczyć do konkursów we własnym zakresie. Ale w gimnazjach fachowy nauczyciel jeśli tylko chciał, miał jednak warunki, by pracować ze zdolniejszymi. Dziś przy najlepszej woli nauczyciela niewiele da się zrobić.

Beata Zwierzyńska w artykule dla „Gazety Wyborczej” przypomniała demagogiczne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego umieszczone w jego książce „Polska naszych marzeń”. W roku 2011 napisał on, że w wyniku „kadłubkowej” reformy Handkego doszło do „zmarginalizowania nauczania historii, ale też do zapaści w takich dziedzinach, jak fizyka czy matematyka”. „O wyrównywaniu poziomów, czyli zrównywaniu szans edukacyjnych, nie ma nawet mowy. W efekcie polska szkoła jest nieefektywna na każdym szczeblu (szczególnie na poziomie gimnazjum), co sprawia, że równolegle kwitnie szara strefa edukacyjna”.

Jako uważny obserwator szkolnej sceny mogę pana Jarosława Kaczyńskiego zapewnić, że po likwidacji gimnazjów „szara strefa” rozlała się bez porównania szerzej. Postępująca prywatyzacja jest odpowiedzią na coraz słabszą kondycję szkoły publicznej, która podupada przede wszystkim z powodu wykruszania się dobrze przygotowanych nauczycieli i zastępowania ich kimkolwiek. To są dość oczywiste mechanizmy. Czemu, będąc wysokiej klasy specjalistą od nauczania, mam w swoim wolnym czasie i za darmo pracować w szkole ze zdolnymi uczniami, jeśli mogę w przyjaznych warunkach za duże pieniądze poszerzać wiedzę kilkorga uczniów z zamożnych rodzin?

Tak, gimnazja miały swoje mankamenty, ale dziś, po reformach Anny Zalewskiej, mamy w edukacji jednoznaczny dyktat pieniądza. O zbliżonych szansach uczniów z bogatych i biednych rodzin nie ma nawet mowy. Czas pokazał, że toruńskie zapewnienia Anny Zalewskiej o „dobrej szkole dla każdego dziecka” były bajdurzeniem pod publiczkę. Sytuacja uczniów chcących odnosić sukcesy w konkursach jest bez porównania gorsza niż pięć lat temu.

Janina Krakowowa